Miniatura o kocie, deszczu, nostalgii i kobiecie

Autor: Chloe -, Gatunek: Poezja, Dodano: 10 lipca 2018, 10:04:19
[tekst został skasowany przez autora]

Komentarze (39)

  • Uprasza się czytelnika, by miniaturę potraktował jako dyskretny fresk, przyczynek być może do grafiki lub obrazu.

  • Chyba do grafo
    Tchórzu.

  • Deszcz za szybą
    A nie szyba za deszczem

  • Beato K.
    Nie zasługujesz na komentarz!
    Na wyciągnięcie konsekwencji z Twoich "chorych" wpisów, zdecydowanie tak!

  • Chybiony.

  • haha :) beata jest dobra graficiara !
    zrobiła z fresku jeżusia florenckiego
    ...
    kot pręgowany srebrzy się
    w słoneczny motek sierści
    satynowy dla piegowatej
    drobnej dłoni :) we wstędze mobiusa :)
    ( w stylu beaty.k.)

  • po recyklingu?
    MASKA :)

  • maybach?:)

  • henryk debich:)

  • Ok, ale ja prowadzę.

  • nie mogę się wygłupiać bo mnie skażą na banicję, wiesz ?
    :?

  • ciebie też :) masz kota ?

  • psa, dobermana.

  • Ne nazywaj podwórkowego pieska dobermanem!

  • Rany, jaka Ty wtórna jesteś. Deszcz pada.lubię.

  • do my best

  • Powabnie i miękko - skrojone do nastroju tego dnia, tej chwili. Akuratnie. Rzeczywiście przyczynek, kłębuszek tej opowieści mógłby potoczyć się po swoich ścieżkach, kobieco-kocich niszach.

  • Miniatura jest ok, tyle, że peelka to szyba. Wystarczy przeczytać ze zrozumieniem.

  • Zrozumienie jest jak epifania, odsłonięcie. Każdemu inne, i nie dla każdego. Nie symetrycznie to się układa. Krople wody na szybie toczą swoje. Łzy po drugiej stronie - swoje. Ścieżki tajemnic. Drogi w górę i drogi w dół. I jedne nie są prawdziwsza od drugich.
    W związku z tym...nie śmiałbym rzec kim jest p. Kłębuszek dopiero zaczyna się toczyć, nieśpiesznie jak krople; krople pierwsze.

  • Odsłonięciem? Czy ...? Anią

  • Zaklejona szyba.

  • Z początku średnio, potem się przekonałem dzięki puencie, która wybroniła tekst :)

  • Tekst mi się dosyć podoba, ale coś mi w nim zgrzyta, stąd taka wersja pod dyskusję, jak poniżej. Aczkolwiek w twojej więcej się dzieje, trzeba przyznać.


    szyba płacze ze mną
    niegeometrycznie
    jest tylko szary dzień

  • dłonie jaśnieją kiedy

    wyciągam je ku górze



    z obrazu spadł owoc

    biblijny a może plebejski

    bezceremonialnie okrył usta

    grzesznym aksamitem

    w drzwiach stał mężczyzna

    skręcał w dłoni

    mokrą od potu chusteczkę

    Wyciągam dłonie modlę się?
    O owoc plebejski albo biblijny
    wszystko jedno
    Jestem trochę niegrzeczna
    a trochę nakryta flauszem
    W drzwiach stoi mężczyzn
    I się poci?

  • Dobranoc, Chloe, mój zdjęłam, bo nie jest do publikacji, --był na chwilę.

  • Przygotowania trwały cały dzień.



    - Rano budzę wszystkich o czwartej! Czwarta i nie ma wylegiwania. Wyjeżdżamy o wpół do piątej. Później jest za gorąco. Samochód szybko się nagrzewa.

    - Otworzysz okno.

    - Nie pomoże. W taki skwar powietrze za oknem wcale nie jest rześkie. Może na początku. Creolka! Jutro bez „numerów”. Wszyscy wyjeżdżamy. Nikt nie zostaje w domu. Raz już zostałaś…

    -Tato, proszę…

    -Mówię, żadnych numerów.

    „Creolka”! Pomyślała i wykrzywiła usta jak w bólu. Kto i kiedy? Która z tych głupich ciotek przylepiła do niej to imię. Matka by chyba nie wymyśliła. Może ktoś z sąsiadów. Czekają tylko, by ochrzcić czyjeś dziecko po swojemu. Bezinteresownie, po prostu. Żeby takie „imię” oznaczało, chociaż coś ładnego; odległą galaktykę, kometę, gwiazdę, a nawet wyspę, czy anioła, którego już nie ma i wszyscy o nim zapomnieli. Creolka, brzmi jak nazwa kwiatu. Przymknęła oczy, bo wtedy łatwiej szukać w pamięci. Ale tam, na początku wszystkiego znalazła tylko obraz babki Ros., klęczącej przy łóżku, z włosami nakręconymi na wałki z gąbki, Wyglądała jakby miała na głowie klatkę z kolorowymi ptakami. Była duża, nawet na klęcząc, Nie ruszała się wcale i nie wiadomo było, co robi z głową opuszczoną, twarzą ukryta w dłoniach, jakby płakała.

    Podeszła bliżej, by zobaczyć, dlaczego to wszystko trwa tak długo. Stanęła blisko tak, ze „klatkę z ptakami” można było dotknąć gdyby ręka wyciągnęła się troszeczkę. Więc „ Creolki” trzeba szukać w innym miejscu pamięci. Pewnie tam, gdzie jest już większa, a babka nie mieszka już razem z nimi, lecz osobno.

    Dopóki nie przypomni sobie, kto ja tak nazwał. Reaguje na Creolkę boleśnie, czasem nawet postanawia nie odezwać się, ale trzeba, bo nikt nie zna prawdziwego imienia, poza rodziną. Może jest tak, że wszyscy mają nie swoje imiona. Nie chcą jednak już niczego plątać, nie chcą zaglądać do pierwszych obrazów ich babki, do klatki z gąbkowymi ptakami i wtedy, zgadzają się na pierwsze lepsze imię. Nie zawsze.

    Jednak jest to gwiazda, czy kwiat. A czasem nawet przeciwnie.



    -Czy ktoś widział mój kostium plażowy? Leżał w torbie na komodzie.

    -Kostium? Co, ty będziesz się rozbierała?

    - A dlaczego nie. Na plażę jedziemy. Co to za pytanie, czy będę się rozbierała?

    Matka była zdezorientowana i zaskoczona pytaniem ojca o rozbieranie na plaży.

    -Nie widziałem cię nigdy w życiu w żadnym kostiumie, tylko w koszulach i biustonoszach.

    -Teraz zobaczysz w kostiumie, jak go znajdę. Creolka nie widziałaś torby z kostiumem?

    -Pewnie jest już w walizce.

    -Tom, otwórz walizkę, muszę sprawdzić czy nie ma tam torby z kostiumem.

    -Zamykałem walizkę i torby tam nie było. Uparłaś się, nie będzie to nie będzie. Tyle lat jeździłaś bez kostiumu.

    -Tym razem zadbałam o siebie i mam kostium, jak każda kobieta.

    -Masz? Miałaś. Na razie wszystko jest w bałaganie i nic nie możesz znaleźć.

    -Nie rozumiesz, że to pakowanie rzeczy?

    -Co mam nie rozumieć. Rozumiem.

    -„Creolka”- znów grymas dotykający bólem ust - masz wszystko zapakowane?

    Weź dwie pary majtek, na zmianę. Jak założysz spodnie na mokre majtki, to się na spodniach odciśnie? Będziesz wyglądała jakbyś…

    Nie lubiła bezwstydnej głośności o bieliźnie, o kostiumach. To powinno być intymne, ładnie schowane i pachnące odsłonięte w słońcu na plaży.

    Czuła, że teraz rozbierze się już rozebrana z „mokrymi spodniami” matki, zanim jeszcze słońce nie zdąży dotknąć jej ciała. Była w majtkach i spodniach na rozkrzyczanej plaży, gdzie ludzie podchodzili blisko na wyciągnięcie ręki, Jakby wzrok nie wystarczał, aby dotykać tych szczególnych znanych już wszystkim majtek, mokrych z niedbalstwa i beztroski o ich suchość. Stała odwrócona do nich plecami. Zawstydzenie pleców jest zawsze mniejsze od zawstydzenia twarzy, Twarz miała być nieujawniona. Zgodziła się w sobie, na nie swoje imię, niech wszyscy wiedzą, że to Creolka, ale niech nie widzą twarzy. W każdym razie na początku. Może później, gdy się już nadotykają. Odwróci twarz, spojrzy im w oczy. Zaczną cofać się do tyłu, trochę ze wstydu, trochę ze strachu. Dostrzegą w jej oczach coś, co im przypomni o sądzie sprawiedliwym. Ona krok do przodu… Oni krok do tyłu.

    Krok do przodu… Krok do tyłu. Jeszcze krok. Jeszcze jeden… Do przodu… do tyłu… Wycofują się. Plaża wyludnia się za sprawa jej „surowego sądu”, który ma w oczach i który sądzi tłum. Nie zapada wyrok, nie o wyrok chodzi, lecz o sąd. Sami, krok po kroku dochodzą do wyroku niedopełnienia czynu. Uniewinnianie poprzez wycofanie się z czynu dotykania jej majtek mokrych z morskiej wody nie, z czego innego, z najczystszej wody, która pamięta czas, kiedy nie było majtek, nie było głośnego o nich mówienia, bo ich przecież nie było. Nie mogło być wyroków za patrzenie bezwstydne i zachłanne tak, że znikało wszystko, całe ubranie, nawet najmizerniejsze, najbardziej osobiste i pozostawało nagie ciało, Plecy i twarz, gdzie można się bronić tylko spojrzeniem.

    Bill! Spanie! Żadnego czytania.

    Matka krzyknęła tak mocno, że ludzie, którzy już wycofali się z plaży, przysięgając sobie po cichu, przed majestatem swojej duszy, że nigdy nie popełnią czynu patrzenia w ten sposób na czyjeś ciało z przylepionymi do niego mokrymi majtkami, które kurczą się ze wstydu upublicznieniem na domowym forum, z tym krzykiem mamy, co wcale nie jest sprawiedliwy, bo nie może. Jest tylko krzykiem, niczym więcej.

    Mówię ci Bill jeszcze raz, żadnego czytania. Ojciec budzi nas o czwartej. Żebyś później nie spał na słońcu. Weź czapkę na głowę.

    -Teraz?

    -Nie teraz, Jutro, na wyjazd.. Na słońcu można dostać udaru. A ty leżysz na słońcu, nawet do wody nie wchodzisz. Chłopcy biegają do wody, kąpią się za wszystkie czasy. Po to jest lato. Jesteś anemiczny, co z tobą jest nie tak. Czytasz i tylko czytasz. W tym wieku od czytania można dostać kręćka, jak czyta się za dużo. A ty czytasz za dużo, stanowczo. Wyglądasz jak widmo, bez życia od nocnego czytania.

    Teraz będę gasiła światło… Latarkę też zabiorę.

    -Czytać tez nie można?

    -Nie całymi nocami…

    Podniosła wzrok i zobaczyła Billa za murem książek ułożonych jedna na drugiej; starannie dobrane grubsze tomy SF, encyklopedie pożyczone z biblioteki, ale w murze tak solidnie zbudowanym, to nie miało znaczenia. Pożyczone leżały tak samo, a nawet jakby równiej, staranniej przez posłuszność dla nierozpoznania ich pożyczenia. Bill stał za murem, pozdrawiał ją ręką, bardzo wyraźnie, machał do niej specjalnie eleganckim ruchem dłoni chłopca, który zbudował mur i przeszedł go nocami w świetle latarki, z bateriami pod poduszką, na wypadek gdyby światło już nie wytrzymywało. Pozdrowił ją, a ona odpowiedziała mu dłonią zwykłą, nie tak jasną jak jego dłoń, ale serdeczną też, bez wysiłku, z serdecznością, która była w dłoni zanim poruszyła nią, aby dowiedzieć się Billemu na to jasne pozdrowienie z za muru, za którym widać go było od tułowia w górę, ale reszta sylwetki była już niewidoczna. Wysokość muru z książek chroniła go tajemnicą swoją złożoną z nieprzeczytanej materii przeczytania, zaczytania i czytania, które trwało ponad murem, ponad Billem, dokoła, nawet musnęło ją czytaniem, ale z cała delikatnością wiedzy o muśnięciu i dotykaniu.

    -Nie będę czytał. Idę spać! Bill krzyknął głośno, by odwrócić uwagę od niego, tego za murem. Musiał nie wiedzieć, że jest bezpieczny, jak nikt w tym domu. Dlatego głośno tak odpowiedział matce. Odpowiedział, ale nie powiedział wszystkiego, nie, aby utajał, lecz wyraził się ogólnie, że idzie spać, Nie mówiąc, kiedy zaśnie. A o czytaniu? Wiadomo, że będzie czytał, tak jak wiadomo, że jest blady i śpi na słońcu, że matka troszczy się o udar, by nie wystąpił, mógłby zaprzepaścić całe życie czytania. Matka nie wie wszystkiego, ale na wszelki wypadek chce zapobiec katastrofie zniweczenia całego Billowego życia czytanego.

    -Dobrze, już dobrze, idźcie spać.



    Matka zgadza się tym samym na czytanie, w najlepiej strzeżonej, tajemnicy, kiedy każe Billowi iść spać.

    Jest w tym przyzwolenie - zgoda, pakt niepisany nigdzie, by nie było śladu, tylko sama zgoda.

    Patrzy jeszcze na Billa wchodzącego po stopniach, który idzie do swojego pokoju i na Billa za murem, ale ten zniknął już by iść też po schodach.

    Mamo, czy Morusy jedzie też jedzie z nami?

    -A jak? Gdzie chcesz go zostawić? Jedzie, zawsze jeździ.

    -Morusy męczy się w gorączce. Można było go obstrzyc.

    Bill przystanął na schodach i mówi jeszcze w obronie Morusego, Jak filozof grecki, podnosi nawet dłoń, ale bez pozdrowienia, a w zarzucie nie zatroszczenia się o psa, o jego męczarni utrzymania pod rozgrzanym futrem małego serca, które zobaczyła przez mgnienie oka, głęboko w sierści, blisko żołądka, gdzie nierozdrobnione kości kury, spieszą się, kurczą, są w ruchu, tak, że nie może zobaczyć ich dokładnie. Zanim otworzy oczy, żołądek Morusego będzie pusty, ale męczony, biały z wysiłku z rozprawiania się z kośćmi, za długimi stanowczo, tak, że teraz wystają, zahaczając boleśnie o jelita.

    Morusy nie mówi nic. Nie daje znaku, udaje, że wszystko u niego jest w porządku, że to nie pierwszy raz. Często dostaje kości z kury, nawet nie wiadomo czy je lubi. Ale udaje (mistrz z niego w udawaniu), że za każdym razem kości są smaczne, a nawet coraz to smaczniejsze. Jeśli leży godzinami pod stołem, to udając, że beztrosko odpoczywa, że prowadzi leniwe życie psa, że listonosz przychodzi raz dziennie i to cały obowiązek „obszczekania listonosza”, ze zwykłego przyzwyczajenia. Od małego tak robił, chociaż na początku, gdy był mały, merdał tylko ogonem, i łasiłby się do wszystkich, nawet do trzystu listonoszy dziennie. Ale merdanie spoufalało. Listonosz przychodził, siadał, coś wypisywał, coś mówił, wychodził a w domu pozostawał niepokój, jakieś niezrozumiałe podniecenie.

    Morusy siedział pod stołem i wąchał jego buty, na których przynosił on najróżniejsze wiadomości. Buty były duże dość i trzeba było obejść je, dokoła, aby wszystko obwąchać i dokładnie odczytać. O tym, że tam, gdzie bywają buty są inne psy. Niektóre z nich są duże i kwaśne. Morusy po jakimś czasie miał już dość pogróżek od kwaśnych psów, ich przechwałek, a nawet dwuznacznych przymila się. Postanowił, nie wiedział jeszcze, jak to zrobi, że nie będzie wpuszczał listonosza do domu, a wiadomości niech buty niosą sobie gdzie indziej. On, Morusy, już więcej nie będzie się tym zajmował.



    - Creolka, weź opalacz! – Mówi matka.

    Skrzywienie ust.

    - Masz nowy, czy ten z zeszłego roku?

    - Nowy, oczywiście nowy. Sama go kupiłaś mamo.- Odpowiada...I patrzy na schody.

    Billów już nie ma. Wstaje z krzesła trochę zesztywniała. Zamyśliła się. Za długo trochę. Zamyślenie daje większą sztywność ciała. Większą, niż samo siedzenie, bez zamyślenia. Można zesztywnieć zupełnie jak nieboszczyk. Z samego zamyślenia. Może babka Ros. nie umarła, tylko za bardzo się zamyśliła i pogrzebano ją zamyśloną. Nawet mama zamknęła jej oczy, ale zamknięcie oczu jeszcze bardziej sprzyja myśleniu. Trzeba sprawdzać, kto się zamyślił i żyje, a kto umarł naprawdę. Babka Ros była zamyślona bardziej, niż umarła. Ale przez kilka dni nikt nie odważył się tego rozstrzygnąć i wyprawiono jej pogrzeb. Bo jeśli nawet nie umarła to w każdym razie była za bardzo zamyślona. Lucy mówiła, że baka zgnije w ziemi. Niemożliwe. To może dotyczyć tylko umarłych, ale niezamyślonych. Ci wstaną kiedyś, bo zakończy się ich zamyślenie. Nawet znajdą sposób, aby wyjść stamtąd, nie rzucając się w oczy innym. W tym ich bezgranicznym myśleniu jest też odkrycie sposobu jak wyjść nienaruszonym, a nawet jeszcze ładniejszym, młodszym po wypoczynku ciała. Babka Ros, gdy wyjdzie, jej rodziny może już nie być. Jedni będą już umarli, a inni zamyśleni. Babka Ros…nie będzie już babką, bo nie będzie rodziny. To dobrze! Ros ucieszy się. Po pierwsze, że nie jest już babką. Może z tego powodu zamyśliła się na tak długo.

    - Dobranoc, mamo! Dobranoc, Tato!

    - Dobranoc, Creolka!

    - Tato nie zamyśl się czasem! Musisz nas obudzić o czwartej.

    - Dobrze! Nie mów mi, co mam robić, a czego nie mam. Twoja matka…



    Nie słyszała. Weszła w strefę nie słyszenia. To były ostatnie cztery schody. Kiedyś nie było tej strefy, ale wiedziała, że musi ją wreszcie wyznaczyć. Jeśli nie, to słowa z kuchni szłyby za nią, aż do łóżka. Niektóre z nich, te groźniejsze i większe, położyłyby się z nią. Sen, delikatny w swej naturze, widząc to nie ośmieliłby się przyjść, jak co dzień. Czekałby, ale po jakimś czasie przestał by przychodzić. Musiałaby zacząć żyć bez snu, a to nie jest możliwe, przynajmniej w jej przypadku. Ojciec żyje bez snu. Cały czas pali papierosy. Nawet nocą. Pali, jakby musiał wypalić ich niewyobrażalnie duży stos. Tak duży, jak egipskie piramidy. Widzi ojca przed swoją osobistą, nieubłagalnie dużą piramidą, którą trzeba wypalić, jeśli na jej miejscu ma się pojawić ogród, basen, dom, lub park dla ptaków. Cokolwiek innego, co jest lepsze od stosu papierosów. Zaczyna krztusić się trochę wcześniej, zanim papieros każdy, zostanie osobno zapalony i spalony do swego końca. Przez konieczność i brak czasu, z powodu oczekującej piramidy, ojciec zapala papieros od papierosa, byle więcej, byle szybciej. Mała przerwa na obiad i na kolację. Łyżka i papieros, jakoś nie wypada, ale zaraz po jedzeniu, ojciec czeka chwilkę. Już się odbiło. Najedzony. Bierze papierosa ze stosu. Twarz już dawno nic nie wyraża. Gdy była mała, pamięta, że ojciec uśmiechał się. Nie tak wyraźnie i dokładnie, jak należy się śmiać, ale ojciec się starał, resztką sił. Uśmiech pokazywał się na chwilę i znikał, jednak każdy mógł powiedzieć, że widzi uśmiech.

    Później już było tego mało. Ojciec dowiedział się w jakiś sposób o swojej doli, swoim wyroku, który zapadł gdzieś, bez żadnego oskarżenia, ale i też nie było w tym niewinności. Wszyscy w domu zgadzali się na wypalanie stosu. Wszystko, czego by się nie dotknęło miało pieczęć dymu. Chleb, ser, firany, dywan, kołdry, koszule, sukienki, nic nie miało swojego zapachu. Nie pachniało niczym. Ani chlebem, ani firanką, ani koszulą. U babki Ros, gdy jeszcze nie była zamyślona wszystko miało swój zapach. Chleb to chleb, owoc to owoc, sukienka to sukienka. Ojciec żył bez snu. Nikt nie okazywał litości. Trzeba rozprawić się, raz na zawsze z gigantyczną piramidą, stosem, który będzie trwał, aż po ostatni papieros. Kiedy przyszła strefę ciszy, spojrzała w dół. Zobaczyła płuca ojca. Czerwone. Dyszące jak dworzec w skwarne popołudnie, gdzie wjeżdżają i odjeżdżają gorące lokomotywy, ciągnące mozolnie, ale z uporem żelazne wagony. Czarne tory oskrzeli, były bardzo krótkie. A lokomotywa zabierała z pęcherzyków ostatnie powietrze, by wydostać się poza tory i gorący, brudny dworzec płuc. Pomyślała, że można tam zasadzić peonie, lub bluszcz, ale zginąłby w spalinach lokomotyw.

    -Dobranoc, tato! – Powiedziała raz jeszcze.

    Zdziwiony spojrzał w górę.

    - Dobranoc! Mówiłem już. Creolka, nie słyszałaś?



    Wyszła z dworca lepkiego od tytoniowego smaru. Wyszła i stanęła na schodach. Wiedziała, że pociągi jeżdżą w kółko ogłupiająco, tak, że jakakolwiek podróż nimi jest niemożliwa, bo nie ma celu. Zapukała cicho do drzwi.

    - Śpię! – Odpowiedział Bill.

    - Dobranoc! –Powiedziała jeszcze ciszej.

    Nie odeszła jeszcze, gdy usłyszała zza drzwi stłumiony głos Billa.

    -„…natalis invict, Solis..”- Święto narodzin Mitry – Boga słońca.

    Bill budował właśnie mur, który w przyszłości może go odgrodzić od piramidy ojca.



    - Tato, mogę usiąść na przednim …? – Zapytał Bill.

    - Na przednim? Nie!

    -Dlaczego?

    - Bo w każdym wypadku ginie ten, co…

    - Przestań?! Jechać mi się już nie chce! – Matka miała ospałe ruchy. Z niechęcią jawną spojrzała na ojca.

    - Kiedyś wykraczesz. Byłeś wtedy był sam. Jeździsz tyle lat i wciąż nas straszysz. Jak ty w ogóle możesz jeździć?



    W tym pytaniu było twierdzenie, które jeszcze nie wyrzekło się pytania, ale samo nie było jeszcze twierdzeniem. Trzeba by było sporo zmienić.



    - Tato! Najlepiej, żeby to miejsce obok kierowcy było puste.- Powiedziała, ale nikt nie odpowiedział. I wtedy przyszło jej na myśl, zapytała w głębi, w sobie, myśląc, że mówi na zewnątrz. Do ojca i do matki. Do Davida, a nawet do Morusego. Jeśli nikt nie odpowiedział, to znaczy, że nie słyszał.

    - A ja mogę usiąść? – spytała głośno i wyraźnie, wierząc, że mimo to, nikt nie usłyszy. A ona jednak zgłosi swoją osobę.

    _ A siadajcie! Diabli z wami!

    „Było słychać tym razem”- pomyślała.



    Poszli ścieżką przez ogród, na ulicę gdzie stał ich samochód. Ojciec szybko włożył wszystko do bagażnika.

    - Nie zamykaj tam torby z jedzeniem!

    - A gdzie chcesz ją położyć? Na kolana?

    - Będzie pod nogami Creolki. Picie musi być pod ręką. I coś do jedzenia.

    „Pod moimi nogami” – pomyślała. W każdej podróży, kiedy jeździli do babki Ros, albo nad wodę, torby zawsze stawiano pod jej nogami, których nijak nie mogła wyprostować. Wtedy robiły się mniejsze. Zmniejszały się tak, że stawała się maleńka, jak niemowlę. Ciało układało się samo w najwygodniejszym leżeniu na pleckach, ze stopkami w górze. Śliniła się z powodu wyżynających się pierwszych ząbków. Przecierała piąstką swędzące najbardziej miejsce, gdzie dawało się wyczuć brzeg ząbka. Maleńkie, białe stwardnienie, w którym nadludzkim wysiłkiem skupiła się cała stanowczość jej niemowlęctwa. Zęby wyżynały się z dokładnością i regularnością myśli na ich temat, tak, że gdy auto dojeżdżało do końca podróży, niemowlę miało już duże zęby i siedziało z podkulonymi nogami, ale długimi i cienkimi, jak patyki.

    - Creolka usiądzie na przednim - powiedział tato.

    ,„Dlaczego ja?” Pomyślała i rozejrzała się dookoła szukając wsparcia. Czuła, że nie chce tam usiąść. Coś usiadło tam zupełnie niewidzialnego, tak, że tylko ona wiedziała, że ono tam jest. Najpierw pokazało język. Długi i suchy jak wiór. Zaśmiała się, ale tak, żeby nikt nie słyszał. Widziała tylko język, ale ono po chwili pokazało pięści zielone jak gałązki gruszy, którą ojciec ściął w zeszłym roku z wujkiem Michealem. Gałęzie gruszy były jeszcze żywe, jeszcze nie wiedziały, że zaczęło się umieranie, powoli, dzień po dniu. Była w nich nieodwracalna nadzieja, niczym nienaruszona. Nawet szczęk piły niczego im nie uzmysłowił. Ucichły z czekania na starość, tak, że nawet wiatr nie odważył się wejść w koronę nad starym, leżącym pniem. Ono miało suche gałązki dłoni i wiór języka. Wystarczyło przesunąć wzrok nieco wyżej, ale jeszcze się nie odważyła. Jeszcze nie chciała wiedzieć jego oczu. Podejrzewała tylko, że są głodne i suche. Ono miało na ramionach kapotę nieokreślonego kroju i koloru, ale już się w nią okryło, nie chcąc być tylko językiem i dłońmi. Zaczęło ciężko dyszeć, jakby było chore na astmę od niepamiętnych czasów. Teraz trzeba spojrzeć w rozgorączkowane oczy. Musi mieć gorączkę, to nie astma. Nadzwyczajne zapalenie. Wszędzie. W płucach i w całej klatce piersiowej. Dyszało ciężko. Osunęło się na siedzenie słabe, już bez języka wyschłego na wiór. Nachyliła się troskliwie z zamiarem pogłaskania po niewidzialnej głowie, jeszcze bez oczu.

    - Odpal mi papierosa- jęknęło.

    - Jak to? Przecież umierasz. Uszanuj tą chwilę! – Zwróciła mu uwagę. Nie zamyślasz się tylko umierasz! Nie rozumiesz? Śmierć zlekceważy cię… nawet, jeśli wyratujesz się z wypadku.

    - Creolka, podaj mi papierosy!

    - Proszę, tato.

    - I zapałki.

    - Są pod papierosami. Proszę!

    - To siadaj koło mnie. Będziesz mi przypalała papierosy.

    - Idiota! Nie pal w samochodzie! Zobaczysz to się kiedyś źle skończy.

    - Siadajcie! Już jesteśmy spóźnieni.



    Kiedy dojechali na miejsce, słońce było już dość wysoko. Całą drogę podawała papierosy ze stosu. Chyba niewiele z niego ubyło, bo ojciec ani na chwilę nie przestawał palić i był niezadowolony. Pomijając już sprawę uśmiechu.

    - Rozłóżmy się bliżej przystani, – Bill patrzył na żaglówki, jakby im już obiecał, że nie zdejmie z nich wzroku.

    - Koło przystani jest hałas. Pójdziemy dalej, tam gdzie jest wypożyczalnia rowerów wodnych.

    - Może tu, przy zjeżdżalni?- Ojciec był już zniecierpliwiony.

    - Tu kręcą się dziewczyny. Za dużo przeszkadzają –matka powiedziała tak głośno, że ludzie leżący na kocach podnieśli głowy, jak na komendę. Kobiety zaraz po mężczyznach. Obojętne były dzieci. Niektóre grały w piłkę, podrzucając ją tak wysoko, że wiatr natychmiast zabierał ją dalej. Dzieci biegły rozkrzyczane. „Ojej moja piłka!”. Wpadały na koce, potrącając leżących, którzy nie mieli sił na nich krzyczeć.

    Odpoczywali po podróży leżąc w słońcu, które dopiero przygotowywało się do wejścia na szczyt nieba. Posmarowała ręce i nogi lepkim mleczkiem. „Muszę chodzić, lub stać”- pomyślała. Nie ma mowy o położeniu się. Wszystko zacznie przyklejać się do niej jak do błyskawicznego kleju.

    -, Kto chce kanapkę?- Spytała matka, niepotrzebnie. Wiadomo było, że to ona tylko chce kanapek. Nikt się nie odezwał.

    - się Sama zawsze muszę wszystko zjadać- mówiła z pełnymi ustami.

    Bill rozłożył ręcznik trochę dalej od koca rodziców. Położył się na brzuchu i natychmiast zasnął, zapominając pewnie o żaglówkach. Matka siedziała w halce, na którą padały okruszki bułek i chleba, a nawet kawałeczek pomidora z kanapki.

    Zrobiła kilka kroków i patrzyła na wodę, a potem pod nią. A nawet zanurzyła się na dno. Nie było dużych ryb. Ryb w ogóle było mało. Gdzieniegdzie dwie, trzy malutkie niewiedzące o bożym świecie. Miały dużo wigoru, dziecięcej srebrnej naiwności. Pewnie nie słyszały o niebezpieczeństwach. Ich matka nie zdążyła ich uprzedzić, złapana na „muszkę”. Wujek Carl przywoził matki małych rybek. Ojców pewnie też.

    - Wszystko łapałem na muszkę, bracie – mówił wujek Carl do taty i wysypywał ryby na stół z mokrego worka. Matka dawała wujkowi banknot i cały wieczór było czyszczenie i smażenie. Ryby umierały same, z przyzwoitości, żeby ludzi nie musieli ich zabijać, bo mogło być to nawet okrutne. Niektóre, te większe zwłaszcza, co pewien czas próbowały zrobić coś z ciałem, aby śmierć nie myślała, że tak łatwo, że się poddają. Wreszcie zamyślały się w bezmyślności swojego rybiego życia i nawet nie zamykały oczu, aby patrzeć, gdy ludzi wezmą nóż do ręki, lub skrobak do zdarcia łuski. Ludzi nie wytrzymywali wzroku ryb i z udawaną obojętnością rzucali je do wrzątku, a odcięte głowy kotu na podwórze, czyniąc w ten sposób z niego wspólnika, pomazanego rybią krwią na niewinnym pyszczku, z tylko jedzenia. Chciała zanurzyć się jeszcze głębiej, aby małym rybom dać jakiś znak o chytrości i przebiegłości ludzi, ale zabrzęczała klamra przy spodniach ojca, zrzucana wraz z nimi na ziemię. Nie odwracała głowy. Nie trzeba było, aby zobaczyć ojca na nogach białych i chudych. Pomyślała, że ludzie utyli są bardziej różowi niż chudzi. Ci są biali, ale w cmentarny sposób. Jakby w tej chwili powstawało nowe określenie –„cmentarna biel”. Chociaż nie chodzi o duchy, tylko o żywych ludzi, w jakimś odległym znaczeniu.

    - Creolka! Idź do samochodu i przynieś mi zapałki!

    Ojciec chodził już od koca do koca i pytał o zapałki, ale nikt nie miał. Ojciec wcale się nie wstydził. Dał mi kluczyki.

    -Tylko dobrze zamknij. Sprawdź, czy zamknęłaś! E tam, sam pójdę.

    Założył spodnie, które zdjął przed chwilą. Przyspieszył kroku. Przypomniał sobie, że zaniedbał swoją piramidę. Że przestał myśleć o niej na kilka porozciąganych po plaży minut. A teraz biegł, przepraszający, biały na torsie i na nogach ukrytych pod ciężkimi brązowymi spodniami.

    - Pewnie będzie padało. Zbierają się chmury- ojciec rozglądał się po niebie. Było to do niego niepodobne. Nigdy nie patrzył w niebo. W każdym razie nie widziała, aby patrzył. Teraz miał chwilę, by spojrzeć i wykorzystał ją. Tyle tylko, że zobaczył chmury. Przez tą chmurę nie poznał obrazu niezakłóconego samym słońcem, przy którym obłoki nie mają odwagi się pokazać. Może ze strachu, że będzie im za gorąco i uciekać trzeba będzie gdzieś w kąt nieba, na oczach ludzi, którzy patrzą bez dociekania w sprawy wyższe, bez żadnej uzurpacji do niebieskości, a tylko by spojrzeć, jak wysoko i czy to ma znaczenie jakieś. Ojciec spojrzał nie w tym momencie, właściwym dla nieba, ale i też nie dla siebie, bo zobaczył chmury. Może teraz nabrać przekonania, że zawsze, kiedy patrzy przynosi niebu pecha. Dla tego powodu patrzy bardzo rzadko, nie chcąc narażać nieba i siebie na niepotrzebne zatargi z chmurami.

    - Zbierajcie się! Już kropi! Pod dach wypożyczalni! – Ojciec wydawał rozkazy bez papierosa w ustach. Ale to z powodu deszczu, który teraz stawał się wyraźniejszy od piramidy. Chociaż był zupełnie nagły, niczym niezapowiedziany. Spadł niwecząc pakowanie, jazdę samochodem z niemowlęciem na siedzeniu, koce, olejki i torby z prowiantem.

    - Nie pomyśleliśmy o deszczu…- powiedziała z głową pod kolorową gazetą, z której zrobiła daszek. Nie chronił on reszty ciała, ale głowa nie mokła.

    - Nikt nie myśli o deszczu, jak jest słońce - odpowiedział ojciec, starając się znaleźć miejsce pod dachem wypożyczalni.

    - Wszyscy myślą o deszczu – powiedziała matka. W jej głosie pobrzmiewała złość. Stała ze swoją torbą z prowiantem.

    - Bill! Gdzie jest Bill?! Smarkacz zmoknie. Tom! Idź zobacz gdzie on jest!

    Rozejrzała się dookoła i zobaczyła Billa fruwającego nad wodą. Zamiast skrzydeł machał rękami, lekko bez wysiłku. Spojrzała bliżej na jego twarz. Był uśmiechnięty, tylko nieco bledszy niż zwykle. Pomachał jej ręką, wyraźnie. Nikt nie mógł mieć wątpliwości. To było do niej, specjalnie. Nie tak, jak za murem. Ale podobnie. Biała koszula rozpięta była na piersiach, a jego wątły tors wyłuskiwał się, jak larwa ciała z zaniepokojonego, białego ubrania. Nie padał na niego deszcz. Słońce świeciło, jak gdyby nigdy, nic. Bill wyglądał pięknie i była dumna, że on jest tam. Miało to duże znaczenie, że jest jej bratem. Płynął powoli jakimś nieopisanym strumieniem. Przez chwilę miała wrażenie, że Bill usiadł na niewidzialnej strunie, jak jaskółka na telegraficznych drutach.

    Zupełnie tak. Poprawił koszulę, żeby wyglądać ładnie, mimo, że był wysoko i szczegóły były mało widoczne. Pomachał jeszcze raz ręką, a wtedy słońce zaświeciło z całą siłą tak, że poraziło ją światło. Ręką Billa stała się przejrzysta i rozpłynęła się w świetle. A potem Bill zaczął rozpływać się cały. To trochę niebezpieczne, ale on będzie wiedział, jak znów powrócić z roztopienia w świetle.

    - Mamo! O tam! Bill rozpływa się…- wyciągnęła rękę przed siebie. Ale już go nie było. Serce zaczęło jej mocniej bić, jakby biegła do Billa i z powrotem na ziemię.- Był tam! Mamo, Bill był tam wysoko…! Naprawdę!



    - Skaczcie, ludzie skaczcie! Już dwa razy go wyrzuciło! – Krzyczała jakaś kobieta z brzegu.

    Ludzie pobiegli zostawiając swoje miejsca pod dachem. Stała nieruchomo z gazetą na głowie. Deszcz ustawał, słońce znów przebijało się przez resztki chmur. Zobaczyła jak wyciągają ciało Billa z wody. Jakiś człowiek robił mu sztuczne oddychanie. Miarowo, szybko, brutalnie. Włożył mu całą dłoń w usta, a Bill nawet się nie bronił. Nie zrobił żadnego ruchu, Nie dał żadnego znaku. Ani mamie, ani tacie. Nikomu. Teraz trójka mężczyzn robiła coś przy Billu. Przykładali ucho do jego przerażonego, skulonego ciała, ale nie usłyszeli chyba nic. Znów trzymali go za dłoń i znów próbowali. Bill wytrzymywał to wszystko. Jej serce biło za dwóch. Serce Billa biło w niej, szybkością transcendentną, tak, że wraz z jej sercem osiągało bicie podwójne. Nie mogła zrobić kroku, aby niczego nie zepsuć. Nadjechała karetka z czerwonym krzyżem na drzwiach. Podeszli do leżącego Billa. Człowiek w białym fartuchu przykucnął, a potem wyprostował się nagle i odszedł. Ludzie, jedni zwiesili głowy, a inni niedowierzali, że to już się stało.

    „Rozpłyń się jeszcze raz w świetle.

    Proszę” … - powiedziała cicho.

    Nie widziała, ale czuła, że on się uśmiecha…



    Patrzyła tak długo, aż Bill zniknął zupełnie w słońcu.





  • was ist da?

  • kot przeciwnie

    bawi się z białym motylkiem
    który raz po raz wylatuje
    z drugiej strony

  • kot przeciwnie

    bawi się z białym motylkiem
    który raz po raz nadlatuje
    z drugiej stron

  • kot przeciwnie

    bawi się z białym motylkiem
    który raz po raz wylatuje
    z drugiej strony

  • kot przeciwnie

    bawi się z motylkiem
    który raz po raz bieleje
    geometrycznie

  • i dlatego Fromm pisał - nuda rodzi potwora.

  • kot przeciwnie

    bawi się z białym motylkiem
    który odlatuje
    geometrycznie-

  • kot przeciwnie.

    bawi się z białym motylkiem
    który odlatuje
    geometrycznie-

  • _

  • Chloe, nie przeczytałam twojego tekstu o całodziennych przygotowaniach, bo nie znalazłam chęci przeczytania. Ale może kiedyś?
    :)

  • Autor Chloe-

    07 sierpnia 2018, 10:24:50 Przygotowania trwały cały dzień.



    - Rano budzę wszystkich o czwartej! Czwarta i nie ma wylegiwania. Wyjeżdżamy o wpół do piątej. Później jest za gorąco. Samochód szybko się nagrzewa.

    - Otworzysz okno.

    - Nie pomoże. W taki skwar powietrze za oknem wcale nie jest rześkie. Może na początku. Creolka! Jutro bez „numerów”. Wszyscy wyjeżdżamy. Nikt nie zostaje w domu. Raz już zostałaś…

    -Tato, proszę…

    -Mówię, żadnych numerów.

    „Creolka”! Pomyślała i wykrzywiła usta jak w bólu. Kto i kiedy? Która z tych głupich ciotek przylepiła do niej to imię. Matka by chyba nie wymyśliła. Może ktoś z sąsiadów. Czekają tylko, by ochrzcić czyjeś dziecko po swojemu. Bezinteresownie, po prostu. Żeby takie „imię” oznaczało, chociaż coś ładnego; odległą galaktykę, kometę, gwiazdę, a nawet wyspę, czy anioła, którego już nie ma i wszyscy o nim zapomnieli. Creolka, brzmi jak nazwa kwiatu. Przymknęła oczy, bo wtedy łatwiej szukać w pamięci. Ale tam, na początku wszystkiego znalazła tylko obraz babki Ros., klęczącej przy łóżku, z włosami nakręconymi na wałki z gąbki, Wyglądała jakby miała na głowie klatkę z kolorowymi ptakami. Była duża, nawet na klęcząc, Nie ruszała się wcale i nie wiadomo było, co robi z głową opuszczoną, twarzą ukryta w dłoniach, jakby płakała.

    Podeszła bliżej, by zobaczyć, dlaczego to wszystko trwa tak długo. Stanęła blisko tak, ze „klatkę z ptakami” można było dotknąć gdyby ręka wyciągnęła się troszeczkę. Więc „ Creolki” trzeba szukać w innym miejscu pamięci. Pewnie tam, gdzie jest już większa, a babka nie mieszka już razem z nimi, lecz osobno.

    Dopóki nie przypomni sobie, kto ja tak nazwał. Reaguje na Creolkę boleśnie, czasem nawet postanawia nie odezwać się, ale trzeba, bo nikt nie zna prawdziwego imienia, poza rodziną. Może jest tak, że wszyscy mają nie swoje imiona. Nie chcą jednak już niczego plątać, nie chcą zaglądać do pierwszych obrazów ich babki, do klatki z gąbkowymi ptakami i wtedy, zgadzają się na pierwsze lepsze imię. Nie zawsze.

    Jednak jest to gwiazda, czy kwiat. A czasem nawet przeciwnie.



    -Czy ktoś widział mój kostium plażowy? Leżał w torbie na komodzie.

    -Kostium? Co, ty będziesz się rozbierała?

    - A dlaczego nie. Na plażę jedziemy. Co to za pytanie, czy będę się rozbierała?

    Matka była zdezorientowana i zaskoczona pytaniem ojca o rozbieranie na plaży.

    -Nie widziałem cię nigdy w życiu w żadnym kostiumie, tylko w koszulach i biustonoszach.

    -Teraz zobaczysz w kostiumie, jak go znajdę. Creolka nie widziałaś torby z kostiumem?

    -Pewnie jest już w walizce.

    -Tom, otwórz walizkę, muszę sprawdzić czy nie ma tam torby z kostiumem.

    -Zamykałem walizkę i torby tam nie było. Uparłaś się, nie będzie to nie będzie. Tyle lat jeździłaś bez kostiumu.

    -Tym razem zadbałam o siebie i mam kostium, jak każda kobieta.

    -Masz? Miałaś. Na razie wszystko jest w bałaganie i nic nie możesz znaleźć.

    -Nie rozumiesz, że to pakowanie rzeczy?

    -Co mam nie rozumieć. Rozumiem.

    -„Creolka”- znów grymas dotykający bólem ust - masz wszystko zapakowane?

    Weź dwie pary majtek, na zmianę. Jak założysz spodnie na mokre majtki, to się na spodniach odciśnie? Będziesz wyglądała jakbyś…

    Nie lubiła bezwstydnej głośności o bieliźnie, o kostiumach. To powinno być intymne, ładnie schowane i pachnące odsłonięte w słońcu na plaży.

    Czuła, że teraz rozbierze się już rozebrana z „mokrymi spodniami” matki, zanim jeszcze słońce nie zdąży dotknąć jej ciała. Była w majtkach i spodniach na rozkrzyczanej plaży, gdzie ludzie podchodzili blisko na wyciągnięcie ręki, Jakby wzrok nie wystarczał, aby dotykać tych szczególnych znanych już wszystkim majtek, mokrych z niedbalstwa i beztroski o ich suchość. Stała odwrócona do nich plecami. Zawstydzenie pleców jest zawsze mniejsze od zawstydzenia twarzy, Twarz miała być nieujawniona. Zgodziła się w sobie, na nie swoje imię, niech wszyscy wiedzą, że to Creolka, ale niech nie widzą twarzy. W każdym razie na początku. Może później, gdy się już nadotykają. Odwróci twarz, spojrzy im w oczy. Zaczną cofać się do tyłu, trochę ze wstydu, trochę ze strachu. Dostrzegą w jej oczach coś, co im przypomni o sądzie sprawiedliwym. Ona krok do przodu… Oni krok do tyłu.

    Krok do przodu… Krok do tyłu. Jeszcze krok. Jeszcze jeden… Do przodu… do tyłu… Wycofują się. Plaża wyludnia się za sprawa jej „surowego sądu”, który ma w oczach i który sądzi tłum. Nie zapada wyrok, nie o wyrok chodzi, lecz o sąd. Sami, krok po kroku dochodzą do wyroku niedopełnienia czynu. Uniewinnianie poprzez wycofanie się z czynu dotykania jej majtek mokrych z morskiej wody nie, z czego innego, z najczystszej wody, która pamięta czas, kiedy nie było majtek, nie było głośnego o nich mówienia, bo ich przecież nie było. Nie mogło być wyroków za patrzenie bezwstydne i zachłanne tak, że znikało wszystko, całe ubranie, nawet najmizerniejsze, najbardziej osobiste i pozostawało nagie ciało, Plecy i twarz, gdzie można się bronić tylko spojrzeniem.

    Bill! Spanie! Żadnego czytania.

    Matka krzyknęła tak mocno, że ludzie, którzy już wycofali się z plaży, przysięgając sobie po cichu, przed majestatem swojej duszy, że nigdy nie popełnią czynu patrzenia w ten sposób na czyjeś ciało z przylepionymi do niego mokrymi majtkami, które kurczą się ze wstydu upublicznieniem na domowym forum, z tym krzykiem mamy, co wcale nie jest sprawiedliwy, bo nie może. Jest tylko krzykiem, niczym więcej.

    Mówię ci Bill jeszcze raz, żadnego czytania. Ojciec budzi nas o czwartej. Żebyś później nie spał na słońcu. Weź czapkę na głowę.

    -Teraz?

    -Nie teraz, Jutro, na wyjazd.. Na słońcu można dostać udaru. A ty leżysz na słońcu, nawet do wody nie wchodzisz. Chłopcy biegają do wody, kąpią się za wszystkie czasy. Po to jest lato. Jesteś anemiczny, co z tobą jest nie tak. Czytasz i tylko czytasz. W tym wieku od czytania można dostać kręćka, jak czyta się za dużo. A ty czytasz za dużo, stanowczo. Wyglądasz jak widmo, bez życia od nocnego czytania.

    Teraz będę gasiła światło… Latarkę też zabiorę.

    -Czytać tez nie można?

    -Nie całymi nocami…

    Podniosła wzrok i zobaczyła Billa za murem książek ułożonych jedna na drugiej; starannie dobrane grubsze tomy SF, encyklopedie pożyczone z biblioteki, ale w murze tak solidnie zbudowanym, to nie miało znaczenia. Pożyczone leżały tak samo, a nawet jakby równiej, staranniej przez posłuszność dla nierozpoznania ich pożyczenia. Bill stał za murem, pozdrawiał ją ręką, bardzo wyraźnie, machał do niej specjalnie eleganckim ruchem dłoni chłopca, który zbudował mur i przeszedł go nocami w świetle latarki, z bateriami pod poduszką, na wypadek gdyby światło już nie wytrzymywało. Pozdrowił ją, a ona odpowiedziała mu dłonią zwykłą, nie tak jasną jak jego dłoń, ale serdeczną też, bez wysiłku, z serdecznością, która była w dłoni zanim poruszyła nią, aby dowiedzieć się Billemu na to jasne pozdrowienie z za muru, za którym widać go było od tułowia w górę, ale reszta sylwetki była już niewidoczna. Wysokość muru z książek chroniła go tajemnicą swoją złożoną z nieprzeczytanej materii przeczytania, zaczytania i czytania, które trwało ponad murem, ponad Billem, dokoła, nawet musnęło ją czytaniem, ale z cała delikatnością wiedzy o muśnięciu i dotykaniu.

    -Nie będę czytał. Idę spać! Bill krzyknął głośno, by odwrócić uwagę od niego, tego za murem. Musiał nie wiedzieć, że jest bezpieczny, jak nikt w tym domu. Dlatego głośno tak odpowiedział matce. Odpowiedział, ale nie powiedział wszystkiego, nie, aby utajał, lecz wyraził się ogólnie, że idzie spać, Nie mówiąc, kiedy zaśnie. A o czytaniu? Wiadomo, że będzie czytał, tak jak wiadomo, że jest blady i śpi na słońcu, że matka troszczy się o udar, by nie wystąpił, mógłby zaprzepaścić całe życie czytania. Matka nie wie wszystkiego, ale na wszelki wypadek chce zapobiec katastrofie zniweczenia całego Billowego życia czytanego.

    -Dobrze, już dobrze, idźcie spać.



    Matka zgadza się tym samym na czytanie, w najlepiej strzeżonej, tajemnicy, kiedy każe Billowi iść spać.

    Jest w tym przyzwolenie - zgoda, pakt niepisany nigdzie, by nie było śladu, tylko sama zgoda.

    Patrzy jeszcze na Billa wchodzącego po stopniach, który idzie do swojego pokoju i na Billa za murem, ale ten zniknął już by iść też po schodach.

    Mamo, czy Morusy jedzie też jedzie z nami?

    -A jak? Gdzie chcesz go zostawić? Jedzie, zawsze jeździ.

    -Morusy męczy się w gorączce. Można było go obstrzyc.

    Bill przystanął na schodach i mówi jeszcze w obronie Morusego, Jak filozof grecki, podnosi nawet dłoń, ale bez pozdrowienia, a w zarzucie nie zatroszczenia się o psa, o jego męczarni utrzymania pod rozgrzanym futrem małego serca, które zobaczyła przez mgnienie oka, głęboko w sierści, blisko żołądka, gdzie nierozdrobnione kości kury, spieszą się, kurczą, są w ruchu, tak, że nie może zobaczyć ich dokładnie. Zanim otworzy oczy, żołądek Morusego będzie pusty, ale męczony, biały z wysiłku z rozprawiania się z kośćmi, za długimi stanowczo, tak, że teraz wystają, zahaczając boleśnie o jelita.

    Morusy nie mówi nic. Nie daje znaku, udaje, że wszystko u niego jest w porządku, że to nie pierwszy raz. Często dostaje kości z kury, nawet nie wiadomo czy je lubi. Ale udaje (mistrz z niego w udawaniu), że za każdym razem kości są smaczne, a nawet coraz to smaczniejsze. Jeśli leży godzinami pod stołem, to udając, że beztrosko odpoczywa, że prowadzi leniwe życie psa, że listonosz przychodzi raz dziennie i to cały obowiązek „obszczekania listonosza”, ze zwykłego przyzwyczajenia. Od małego tak robił, chociaż na początku, gdy był mały, merdał tylko ogonem, i łasiłby się do wszystkich, nawet do trzystu listonoszy dziennie. Ale merdanie spoufalało. Listonosz przychodził, siadał, coś wypisywał, coś mówił, wychodził a w domu pozostawał niepokój, jakieś niezrozumiałe podniecenie.

    Morusy siedział pod stołem i wąchał jego buty, na których przynosił on najróżniejsze wiadomości. Buty były duże dość i trzeba było obejść je, dokoła, aby wszystko obwąchać i dokładnie odczytać. O tym, że tam, gdzie bywają buty są inne psy. Niektóre z nich są duże i kwaśne. Morusy po jakimś czasie miał już dość pogróżek od kwaśnych psów, ich przechwałek, a nawet dwuznacznych przymila się. Postanowił, nie wiedział jeszcze, jak to zrobi, że nie będzie wpuszczał listonosza do domu, a wiadomości niech buty niosą sobie gdzie indziej. On, Morusy, już więcej nie będzie się tym zajmował.



    - Creolka, weź opalacz! – Mówi matka.

    Skrzywienie ust.

    - Masz nowy, czy ten z zeszłego roku?

    - Nowy, oczywiście nowy. Sama go kupiłaś mamo.- Odpowiada...I patrzy na schody.

    Billów już nie ma. Wstaje z krzesła trochę zesztywniała. Zamyśliła się. Za długo trochę. Zamyślenie daje większą sztywność ciała. Większą, niż samo siedzenie, bez zamyślenia. Można zesztywnieć zupełnie jak nieboszczyk. Z samego zamyślenia. Może babka Ros. nie umarła, tylko za bardzo się zamyśliła i pogrzebano ją zamyśloną. Nawet mama zamknęła jej oczy, ale zamknięcie oczu jeszcze bardziej sprzyja myśleniu. Trzeba sprawdzać, kto się zamyślił i żyje, a kto umarł naprawdę. Babka Ros była zamyślona bardziej, niż umarła. Ale przez kilka dni nikt nie odważył się tego rozstrzygnąć i wyprawiono jej pogrzeb. Bo jeśli nawet nie umarła to w każdym razie była za bardzo zamyślona. Lucy mówiła, że baka zgnije w ziemi. Niemożliwe. To może dotyczyć tylko umarłych, ale niezamyślonych. Ci wstaną kiedyś, bo zakończy się ich zamyślenie. Nawet znajdą sposób, aby wyjść stamtąd, nie rzucając się w oczy innym. W tym ich bezgranicznym myśleniu jest też odkrycie sposobu jak wyjść nienaruszonym, a nawet jeszcze ładniejszym, młodszym po wypoczynku ciała. Babka Ros, gdy wyjdzie, jej rodziny może już nie być. Jedni będą już umarli, a inni zamyśleni. Babka Ros…nie będzie już babką, bo nie będzie rodziny. To dobrze! Ros ucieszy się. Po pierwsze, że nie jest już babką. Może z tego powodu zamyśliła się na tak długo.

    - Dobranoc, mamo! Dobranoc, Tato!

    - Dobranoc, Creolka!

    - Tato nie zamyśl się czasem! Musisz nas obudzić o czwartej.

    - Dobrze! Nie mów mi, co mam robić, a czego nie mam. Twoja matka…



    Nie słyszała. Weszła w strefę nie słyszenia. To były ostatnie cztery schody. Kiedyś nie było tej strefy, ale wiedziała, że musi ją wreszcie wyznaczyć. Jeśli nie, to słowa z kuchni szłyby za nią, aż do łóżka. Niektóre z nich, te groźniejsze i większe, położyłyby się z nią. Sen, delikatny w swej naturze, widząc to nie ośmieliłby się przyjść, jak co dzień. Czekałby, ale po jakimś czasie przestał by przychodzić. Musiałaby zacząć żyć bez snu, a to nie jest możliwe, przynajmniej w jej przypadku. Ojciec żyje bez snu. Cały czas pali papierosy. Nawet nocą. Pali, jakby musiał wypalić ich niewyobrażalnie duży stos. Tak duży, jak egipskie piramidy. Widzi ojca przed swoją osobistą, nieubłagalnie dużą piramidą, którą trzeba wypalić, jeśli na jej miejscu ma się pojawić ogród, basen, dom, lub park dla ptaków. Cokolwiek innego, co jest lepsze od stosu papierosów. Zaczyna krztusić się trochę wcześniej, zanim papieros każdy, zostanie osobno zapalony i spalony do swego końca. Przez konieczność i brak czasu, z powodu oczekującej piramidy, ojciec zapala papieros od papierosa, byle więcej, byle szybciej. Mała przerwa na obiad i na kolację. Łyżka i papieros, jakoś nie wypada, ale zaraz po jedzeniu, ojciec czeka chwilkę. Już się odbiło. Najedzony. Bierze papierosa ze stosu. Twarz już dawno nic nie wyraża. Gdy była mała, pamięta, że ojciec uśmiechał się. Nie tak wyraźnie i dokładnie, jak należy się śmiać, ale ojciec się starał, resztką sił. Uśmiech pokazywał się na chwilę i znikał, jednak każdy mógł powiedzieć, że widzi uśmiech.

    Później już było tego mało. Ojciec dowiedział się w jakiś sposób o swojej doli, swoim wyroku, który zapadł gdzieś, bez żadnego oskarżenia, ale i też nie było w tym niewinności. Wszyscy w domu zgadzali się na wypalanie stosu. Wszystko, czego by się nie dotknęło miało pieczęć dymu. Chleb, ser, firany, dywan, kołdry, koszule, sukienki, nic nie miało swojego zapachu. Nie pachniało niczym. Ani chlebem, ani firanką, ani koszulą. U babki Ros, gdy jeszcze nie była zamyślona wszystko miało swój zapach. Chleb to chleb, owoc to owoc, sukienka to sukienka. Ojciec żył bez snu. Nikt nie okazywał litości. Trzeba rozprawić się, raz na zawsze z gigantyczną piramidą, stosem, który będzie trwał, aż po ostatni papieros. Kiedy przyszła strefę ciszy, spojrzała w dół. Zobaczyła płuca ojca. Czerwone. Dyszące jak dworzec w skwarne popołudnie, gdzie wjeżdżają i odjeżdżają gorące lokomotywy, ciągnące mozolnie, ale z uporem żelazne wagony. Czarne tory oskrzeli, były bardzo krótkie. A lokomotywa zabierała z pęcherzyków ostatnie powietrze, by wydostać się poza tory i gorący, brudny dworzec płuc. Pomyślała, że można tam zasadzić peonie, lub bluszcz, ale zginąłby w spalinach lokomotyw.

    -Dobranoc, tato! – Powiedziała raz jeszcze.

    Zdziwiony spojrzał w górę.

    - Dobranoc! Mówiłem już. Creolka, nie słyszałaś?



    Wyszła z dworca lepkiego od tytoniowego smaru. Wyszła i stanęła na schodach. Wiedziała, że pociągi jeżdżą w kółko ogłupiająco, tak, że jakakolwiek podróż nimi jest niemożliwa, bo nie ma celu. Zapukała cicho do drzwi.

    - Śpię! – Odpowiedział Bill.

    - Dobranoc! –Powiedziała jeszcze ciszej.

    Nie odeszła jeszcze, gdy usłyszała zza drzwi stłumiony głos Billa.

    -„…natalis invict, Solis..”- Święto narodzin Mitry – Boga słońca.

    Bill budował właśnie mur, który w przyszłości może go odgrodzić od piramidy ojca.



    - Tato, mogę usiąść na przednim …? – Zapytał Bill.

    - Na przednim? Nie!

    -Dlaczego?

    - Bo w każdym wypadku ginie ten, co…

    - Przestań?! Jechać mi się już nie chce! – Matka miała ospałe ruchy. Z niechęcią jawną spojrzała na ojca.

    - Kiedyś wykraczesz. Byłeś wtedy był sam. Jeździsz tyle lat i wciąż nas straszysz. Jak ty w ogóle możesz jeździć?



    W tym pytaniu było twierdzenie, które jeszcze nie wyrzekło się pytania, ale samo nie było jeszcze twierdzeniem. Trzeba by było sporo zmienić.



    - Tato! Najlepiej, żeby to miejsce obok kierowcy było puste.- Powiedziała, ale nikt nie odpowiedział. I wtedy przyszło jej na myśl, zapytała w głębi, w sobie, myśląc, że mówi na zewnątrz. Do ojca i do matki. Do Davida, a nawet do Morusego. Jeśli nikt nie odpowiedział, to znaczy, że nie słyszał.

    - A ja mogę usiąść? – spytała głośno i wyraźnie, wierząc, że mimo to, nikt nie usłyszy. A ona jednak zgłosi swoją osobę.

    _ A siadajcie! Diabli z wami!

    „Było słychać tym razem”- pomyślała.



    Poszli ścieżką przez ogród, na ulicę gdzie stał ich samochód. Ojciec szybko włożył wszystko do bagażnika.

    - Nie zamykaj tam torby z jedzeniem!

    - A gdzie chcesz ją położyć? Na kolana?

    - Będzie pod nogami Creolki. Picie musi być pod ręką. I coś do jedzenia.

    „Pod moimi nogami” – pomyślała. W każdej podróży, kiedy jeździli do babki Ros, albo nad wodę, torby zawsze stawiano pod jej nogami, których nijak nie mogła wyprostować. Wtedy robiły się mniejsze. Zmniejszały się tak, że stawała się maleńka, jak niemowlę. Ciało układało się samo w najwygodniejszym leżeniu na pleckach, ze stopkami w górze. Śliniła się z powodu wyżynających się pierwszych ząbków. Przecierała piąstką swędzące najbardziej miejsce, gdzie dawało się wyczuć brzeg ząbka. Maleńkie, białe stwardnienie, w którym nadludzkim wysiłkiem skupiła się cała stanowczość jej niemowlęctwa. Zęby wyżynały się z dokładnością i regularnością myśli na ich temat, tak, że gdy auto dojeżdżało do końca podróży, niemowlę miało już duże zęby i siedziało z podkulonymi nogami, ale długimi i cienkimi, jak patyki.

    - Creolka usiądzie na przednim - powiedział tato.

    ,„Dlaczego ja?” Pomyślała i rozejrzała się dookoła szukając wsparcia. Czuła, że nie chce tam usiąść. Coś usiadło tam zupełnie niewidzialnego, tak, że tylko ona wiedziała, że ono tam jest. Najpierw pokazało język. Długi i suchy jak wiór. Zaśmiała się, ale tak, żeby nikt nie słyszał. Widziała tylko język, ale ono po chwili pokazało pięści zielone jak gałązki gruszy, którą ojciec ściął w zeszłym roku z wujkiem Michealem. Gałęzie gruszy były jeszcze żywe, jeszcze nie wiedziały, że zaczęło się umieranie, powoli, dzień po dniu. Była w nich nieodwracalna nadzieja, niczym nienaruszona. Nawet szczęk piły niczego im nie uzmysłowił. Ucichły z czekania na starość, tak, że nawet wiatr nie odważył się wejść w koronę nad starym, leżącym pniem. Ono miało suche gałązki dłoni i wiór języka. Wystarczyło przesunąć wzrok nieco wyżej, ale jeszcze się nie odważyła. Jeszcze nie chciała wiedzieć jego oczu. Podejrzewała tylko, że są głodne i suche. Ono miało na ramionach kapotę nieokreślonego kroju i koloru, ale już się w nią okryło, nie chcąc być tylko językiem i dłońmi. Zaczęło ciężko dyszeć, jakby było chore na astmę od niepamiętnych czasów. Teraz trzeba spojrzeć w rozgorączkowane oczy. Musi mieć gorączkę, to nie astma. Nadzwyczajne zapalenie. Wszędzie. W płucach i w całej klatce piersiowej. Dyszało ciężko. Osunęło się na siedzenie słabe, już bez języka wyschłego na wiór. Nachyliła się troskliwie z zamiarem pogłaskania po niewidzialnej głowie, jeszcze bez oczu.

    - Odpal mi papierosa- jęknęło.

    - Jak to? Przecież umierasz. Uszanuj tą chwilę! – Zwróciła mu uwagę. Nie zamyślasz się tylko umierasz! Nie rozumiesz? Śmierć zlekceważy cię… nawet, jeśli wyratujesz się z wypadku.

    - Creolka, podaj mi papierosy!

    - Proszę, tato.

    - I zapałki.

    - Są pod papierosami. Proszę!

    - To siadaj koło mnie. Będziesz mi przypalała papierosy.

    - Idiota! Nie pal w samochodzie! Zobaczysz to się kiedyś źle skończy.

    - Siadajcie! Już jesteśmy spóźnieni.



    Kiedy dojechali na miejsce, słońce było już dość wysoko. Całą drogę podawała papierosy ze stosu. Chyba niewiele z niego ubyło, bo ojciec ani na chwilę nie przestawał palić i był niezadowolony. Pomijając już sprawę uśmiechu.

    - Rozłóżmy się bliżej przystani, – Bill patrzył na żaglówki, jakby im już obiecał, że nie zdejmie z nich wzroku.

    - Koło przystani jest hałas. Pójdziemy dalej, tam gdzie jest wypożyczalnia rowerów wodnych.

    - Może tu, przy zjeżdżalni?- Ojciec był już zniecierpliwiony.

    - Tu kręcą się dziewczyny. Za dużo przeszkadzają –matka powiedziała tak głośno, że ludzie leżący na kocach podnieśli głowy, jak na komendę. Kobiety zaraz po mężczyznach. Obojętne były dzieci. Niektóre grały w piłkę, podrzucając ją tak wysoko, że wiatr natychmiast zabierał ją dalej. Dzieci biegły rozkrzyczane. „Ojej moja piłka!”. Wpadały na koce, potrącając leżących, którzy nie mieli sił na nich krzyczeć.

    Odpoczywali po podróży leżąc w słońcu, które dopiero przygotowywało się do wejścia na szczyt nieba. Posmarowała ręce i nogi lepkim mleczkiem. „Muszę chodzić, lub stać”- pomyślała. Nie ma mowy o położeniu się. Wszystko zacznie przyklejać się do niej jak do błyskawicznego kleju.

    -, Kto chce kanapkę?- Spytała matka, niepotrzebnie. Wiadomo było, że to ona tylko chce kanapek. Nikt się nie odezwał.

    - się Sama zawsze muszę wszystko zjadać- mówiła z pełnymi ustami.

    Bill rozłożył ręcznik trochę dalej od koca rodziców. Położył się na brzuchu i natychmiast zasnął, zapominając pewnie o żaglówkach. Matka siedziała w halce, na którą padały okruszki bułek i chleba, a nawet kawałeczek pomidora z kanapki.

    Zrobiła kilka kroków i patrzyła na wodę, a potem pod nią. A nawet zanurzyła się na dno. Nie było dużych ryb. Ryb w ogóle było mało. Gdzieniegdzie dwie, trzy malutkie niewiedzące o bożym świecie. Miały dużo wigoru, dziecięcej srebrnej naiwności. Pewnie nie słyszały o niebezpieczeństwach. Ich matka nie zdążyła ich uprzedzić, złapana na „muszkę”. Wujek Carl przywoził matki małych rybek. Ojców pewnie też.

    - Wszystko łapałem na muszkę, bracie – mówił wujek Carl do taty i wysypywał ryby na stół z mokrego worka. Matka dawała wujkowi banknot i cały wieczór było czyszczenie i smażenie. Ryby umierały same, z przyzwoitości, żeby ludzi nie musieli ich zabijać, bo mogło być to nawet okrutne. Niektóre, te większe zwłaszcza, co pewien czas próbowały zrobić coś z ciałem, aby śmierć nie myślała, że tak łatwo, że się poddają. Wreszcie zamyślały się w bezmyślności swojego rybiego życia i nawet nie zamykały oczu, aby patrzeć, gdy ludzi wezmą nóż do ręki, lub skrobak do zdarcia łuski. Ludzi nie wytrzymywali wzroku ryb i z udawaną obojętnością rzucali je do wrzątku, a odcięte głowy kotu na podwórze, czyniąc w ten sposób z niego wspólnika, pomazanego rybią krwią na niewinnym pyszczku, z tylko jedzenia. Chciała zanurzyć się jeszcze głębiej, aby małym rybom dać jakiś znak o chytrości i przebiegłości ludzi, ale zabrzęczała klamra przy spodniach ojca, zrzucana wraz z nimi na ziemię. Nie odwracała głowy. Nie trzeba było, aby zobaczyć ojca na nogach białych i chudych. Pomyślała, że ludzie utyli są bardziej różowi niż chudzi. Ci są biali, ale w cmentarny sposób. Jakby w tej chwili powstawało nowe określenie –„cmentarna biel”. Chociaż nie chodzi o duchy, tylko o żywych ludzi, w jakimś odległym znaczeniu.

    - Creolka! Idź do samochodu i przynieś mi zapałki!

    Ojciec chodził już od koca do koca i pytał o zapałki, ale nikt nie miał. Ojciec wcale się nie wstydził. Dał mi kluczyki.

    -Tylko dobrze zamknij. Sprawdź, czy zamknęłaś! E tam, sam pójdę.

    Założył spodnie, które zdjął przed chwilą. Przyspieszył kroku. Przypomniał sobie, że zaniedbał swoją piramidę. Że przestał myśleć o niej na kilka porozciąganych po plaży minut. A teraz biegł, przepraszający, biały na torsie i na nogach ukrytych pod ciężkimi brązowymi spodniami.

    - Pewnie będzie padało. Zbierają się chmury- ojciec rozglądał się po niebie. Było to do niego niepodobne. Nigdy nie patrzył w niebo. W każdym razie nie widziała, aby patrzył. Teraz miał chwilę, by spojrzeć i wykorzystał ją. Tyle tylko, że zobaczył chmury. Przez tą chmurę nie poznał obrazu niezakłóconego samym słońcem, przy którym obłoki nie mają odwagi się pokazać. Może ze strachu, że będzie im za gorąco i uciekać trzeba będzie gdzieś w kąt nieba, na oczach ludzi, którzy patrzą bez dociekania w sprawy wyższe, bez żadnej uzurpacji do niebieskości, a tylko by spojrzeć, jak wysoko i czy to ma znaczenie jakieś. Ojciec spojrzał nie w tym momencie, właściwym dla nieba, ale i też nie dla siebie, bo zobaczył chmury. Może teraz nabrać przekonania, że zawsze, kiedy patrzy przynosi niebu pecha. Dla tego powodu patrzy bardzo rzadko, nie chcąc narażać nieba i siebie na niepotrzebne zatargi z chmurami.

    - Zbierajcie się! Już kropi! Pod dach wypożyczalni! – Ojciec wydawał rozkazy bez papierosa w ustach. Ale to z powodu deszczu, który teraz stawał się wyraźniejszy od piramidy. Chociaż był zupełnie nagły, niczym niezapowiedziany. Spadł niwecząc pakowanie, jazdę samochodem z niemowlęciem na siedzeniu, koce, olejki i torby z prowiantem.

    - Nie pomyśleliśmy o deszczu…- powiedziała z głową pod kolorową gazetą, z której zrobiła daszek. Nie chronił on reszty ciała, ale głowa nie mokła.

    - Nikt nie myśli o deszczu, jak jest słońce - odpowiedział ojciec, starając się znaleźć miejsce pod dachem wypożyczalni.

    - Wszyscy myślą o deszczu – powiedziała matka. W jej głosie pobrzmiewała złość. Stała ze swoją torbą z prowiantem.

    - Bill! Gdzie jest Bill?! Smarkacz zmoknie. Tom! Idź zobacz gdzie on jest!

    Rozejrzała się dookoła i zobaczyła Billa fruwającego nad wodą. Zamiast skrzydeł machał rękami, lekko bez wysiłku. Spojrzała bliżej na jego twarz. Był uśmiechnięty, tylko nieco bledszy niż zwykle. Pomachał jej ręką, wyraźnie. Nikt nie mógł mieć wątpliwości. To było do niej, specjalnie. Nie tak, jak za murem. Ale podobnie. Biała koszula rozpięta była na piersiach, a jego wątły tors wyłuskiwał się, jak larwa ciała z zaniepokojonego, białego ubrania. Nie padał na niego deszcz. Słońce świeciło, jak gdyby nigdy, nic. Bill wyglądał pięknie i była dumna, że on jest tam. Miało to duże znaczenie, że jest jej bratem. Płynął powoli jakimś nieopisanym strumieniem. Przez chwilę miała wrażenie, że Bill usiadł na niewidzialnej strunie, jak jaskółka na telegraficznych drutach.

    Zupełnie tak. Poprawił koszulę, żeby wyglądać ładnie, mimo, że był wysoko i szczegóły były mało widoczne. Pomachał jeszcze raz ręką, a wtedy słońce zaświeciło z całą siłą tak, że poraziło ją światło. Ręką Billa stała się przejrzysta i rozpłynęła się w świetle. A potem Bill zaczął rozpływać się cały. To trochę niebezpieczne, ale on będzie wiedział, jak znów powrócić z roztopienia w świetle.

    - Mamo! O tam! Bill rozpływa się…- wyciągnęła rękę przed siebie. Ale już go nie było. Serce zaczęło jej mocniej bić, jakby biegła do Billa i z powrotem na ziemię.- Był tam! Mamo, Bill był tam wysoko…! Naprawdę!



    - Skaczcie, ludzie skaczcie! Już dwa razy go wyrzuciło! – Krzyczała jakaś kobieta z brzegu.

    Ludzie pobiegli zostawiając swoje miejsca pod dachem. Stała nieruchomo z gazetą na głowie. Deszcz ustawał, słońce znów przebijało się przez resztki chmur. Zobaczyła jak wyciągają ciało Billa z wody. Jakiś człowiek robił mu sztuczne oddychanie. Miarowo, szybko, brutalnie. Włożył mu całą dłoń w usta, a Bill nawet się nie bronił. Nie zrobił żadnego ruchu, Nie dał żadnego znaku. Ani mamie, ani tacie. Nikomu. Teraz trójka mężczyzn robiła coś przy Billu. Przykładali ucho do jego przerażonego, skulonego ciała, ale nie usłyszeli chyba nic. Znów trzymali go za dłoń i znów próbowali. Bill wytrzymywał to wszystko. Jej serce biło za dwóch. Serce Billa biło w niej, szybkością transcendentną, tak, że wraz z jej sercem osiągało bicie podwójne. Nie mogła zrobić kroku, aby niczego nie zepsuć. Nadjechała karetka z czerwonym krzyżem na drzwiach. Podeszli do leżącego Billa. Człowiek w białym fartuchu przykucnął, a potem wyprostował się nagle i odszedł. Ludzie, jedni zwiesili głowy, a inni niedowierzali, że to już się stało.

    „Rozpłyń się jeszcze raz w świetle.

    Proszę” … - powiedziała cicho.

    Nie widziała, ale czuła, że on się uśmiecha…



    Patrzyła tak długo, aż Bill zniknął zupełnie w słońcu.





  • Autor Chloe-

    07 sierpnia 2018, 10:24:50 Przygotowania trwały cały dzień.



    - Rano budzę wszystkich o czwartej! Czwarta i nie ma wylegiwania. Wyjeżdżamy o wpół do piątej. Później jest za gorąco. Samochód szybko się nagrzewa.

    - Otworzysz okno.

    - Nie pomoże. W taki skwar powietrze za oknem wcale nie jest rześkie. Może na początku. Creolka! Jutro bez „numerów”. Wszyscy wyjeżdżamy. Nikt nie zostaje w domu. Raz już zostałaś…

    -Tato, proszę…

    -Mówię, żadnych numerów.

    „Creolka”! Pomyślała i wykrzywiła usta jak w bólu. Kto i kiedy? Która z tych głupich ciotek przylepiła do niej to imię. Matka by chyba nie wymyśliła. Może ktoś z sąsiadów. Czekają tylko, by ochrzcić czyjeś dziecko po swojemu. Bezinteresownie, po prostu. Żeby takie „imię” oznaczało, chociaż coś ładnego; odległą galaktykę, kometę, gwiazdę, a nawet wyspę, czy anioła, którego już nie ma i wszyscy o nim zapomnieli. Creolka, brzmi jak nazwa kwiatu. Przymknęła oczy, bo wtedy łatwiej szukać w pamięci. Ale tam, na początku wszystkiego znalazła tylko obraz babki Ros., klęczącej przy łóżku, z włosami nakręconymi na wałki z gąbki, Wyglądała jakby miała na głowie klatkę z kolorowymi ptakami. Była duża, nawet na klęcząc, Nie ruszała się wcale i nie wiadomo było, co robi z głową opuszczoną, twarzą ukryta w dłoniach, jakby płakała.

    Podeszła bliżej, by zobaczyć, dlaczego to wszystko trwa tak długo. Stanęła blisko tak, ze „klatkę z ptakami” można było dotknąć gdyby ręka wyciągnęła się troszeczkę. Więc „ Creolki” trzeba szukać w innym miejscu pamięci. Pewnie tam, gdzie jest już większa, a babka nie mieszka już razem z nimi, lecz osobno.

    Dopóki nie przypomni sobie, kto ja tak nazwał. Reaguje na Creolkę boleśnie, czasem nawet postanawia nie odezwać się, ale trzeba, bo nikt nie zna prawdziwego imienia, poza rodziną. Może jest tak, że wszyscy mają nie swoje imiona. Nie chcą jednak już niczego plątać, nie chcą zaglądać do pierwszych obrazów ich babki, do klatki z gąbkowymi ptakami i wtedy, zgadzają się na pierwsze lepsze imię. Nie zawsze.

    Jednak jest to gwiazda, czy kwiat. A czasem nawet przeciwnie.



    -Czy ktoś widział mój kostium plażowy? Leżał w torbie na komodzie.

    -Kostium? Co, ty będziesz się rozbierała?

    - A dlaczego nie. Na plażę jedziemy. Co to za pytanie, czy będę się rozbierała?

    Matka była zdezorientowana i zaskoczona pytaniem ojca o rozbieranie na plaży.

    -Nie widziałem cię nigdy w życiu w żadnym kostiumie, tylko w koszulach i biustonoszach.

    -Teraz zobaczysz w kostiumie, jak go znajdę. Creolka nie widziałaś torby z kostiumem?

    -Pewnie jest już w walizce.

    -Tom, otwórz walizkę, muszę sprawdzić czy nie ma tam torby z kostiumem.

    -Zamykałem walizkę i torby tam nie było. Uparłaś się, nie będzie to nie będzie. Tyle lat jeździłaś bez kostiumu.

    -Tym razem zadbałam o siebie i mam kostium, jak każda kobieta.

    -Masz? Miałaś. Na razie wszystko jest w bałaganie i nic nie możesz znaleźć.

    -Nie rozumiesz, że to pakowanie rzeczy?

    -Co mam nie rozumieć. Rozumiem.

    -„Creolka”- znów grymas dotykający bólem ust - masz wszystko zapakowane?

    Weź dwie pary majtek, na zmianę. Jak założysz spodnie na mokre majtki, to się na spodniach odciśnie? Będziesz wyglądała jakbyś…

    Nie lubiła bezwstydnej głośności o bieliźnie, o kostiumach. To powinno być intymne, ładnie schowane i pachnące odsłonięte w słońcu na plaży.

    Czuła, że teraz rozbierze się już rozebrana z „mokrymi spodniami” matki, zanim jeszcze słońce nie zdąży dotknąć jej ciała. Była w majtkach i spodniach na rozkrzyczanej plaży, gdzie ludzie podchodzili blisko na wyciągnięcie ręki, Jakby wzrok nie wystarczał, aby dotykać tych szczególnych znanych już wszystkim majtek, mokrych z niedbalstwa i beztroski o ich suchość. Stała odwrócona do nich plecami. Zawstydzenie pleców jest zawsze mniejsze od zawstydzenia twarzy, Twarz miała być nieujawniona. Zgodziła się w sobie, na nie swoje imię, niech wszyscy wiedzą, że to Creolka, ale niech nie widzą twarzy. W każdym razie na początku. Może później, gdy się już nadotykają. Odwróci twarz, spojrzy im w oczy. Zaczną cofać się do tyłu, trochę ze wstydu, trochę ze strachu. Dostrzegą w jej oczach coś, co im przypomni o sądzie sprawiedliwym. Ona krok do przodu… Oni krok do tyłu.

    Krok do przodu… Krok do tyłu. Jeszcze krok. Jeszcze jeden… Do przodu… do tyłu… Wycofują się. Plaża wyludnia się za sprawa jej „surowego sądu”, który ma w oczach i który sądzi tłum. Nie zapada wyrok, nie o wyrok chodzi, lecz o sąd. Sami, krok po kroku dochodzą do wyroku niedopełnienia czynu. Uniewinnianie poprzez wycofanie się z czynu dotykania jej majtek mokrych z morskiej wody nie, z czego innego, z najczystszej wody, która pamięta czas, kiedy nie było majtek, nie było głośnego o nich mówienia, bo ich przecież nie było. Nie mogło być wyroków za patrzenie bezwstydne i zachłanne tak, że znikało wszystko, całe ubranie, nawet najmizerniejsze, najbardziej osobiste i pozostawało nagie ciało, Plecy i twarz, gdzie można się bronić tylko spojrzeniem.

    Bill! Spanie! Żadnego czytania.

    Matka krzyknęła tak mocno, że ludzie, którzy już wycofali się z plaży, przysięgając sobie po cichu, przed majestatem swojej duszy, że nigdy nie popełnią czynu patrzenia w ten sposób na czyjeś ciało z przylepionymi do niego mokrymi majtkami, które kurczą się ze wstydu upublicznieniem na domowym forum, z tym krzykiem mamy, co wcale nie jest sprawiedliwy, bo nie może. Jest tylko krzykiem, niczym więcej.

    Mówię ci Bill jeszcze raz, żadnego czytania. Ojciec budzi nas o czwartej. Żebyś później nie spał na słońcu. Weź czapkę na głowę.

    -Teraz?

    -Nie teraz, Jutro, na wyjazd.. Na słońcu można dostać udaru. A ty leżysz na słońcu, nawet do wody nie wchodzisz. Chłopcy biegają do wody, kąpią się za wszystkie czasy. Po to jest lato. Jesteś anemiczny, co z tobą jest nie tak. Czytasz i tylko czytasz. W tym wieku od czytania można dostać kręćka, jak czyta się za dużo. A ty czytasz za dużo, stanowczo. Wyglądasz jak widmo, bez życia od nocnego czytania.

    Teraz będę gasiła światło… Latarkę też zabiorę.

    -Czytać tez nie można?

    -Nie całymi nocami…

    Podniosła wzrok i zobaczyła Billa za murem książek ułożonych jedna na drugiej; starannie dobrane grubsze tomy SF, encyklopedie pożyczone z biblioteki, ale w murze tak solidnie zbudowanym, to nie miało znaczenia. Pożyczone leżały tak samo, a nawet jakby równiej, staranniej przez posłuszność dla nierozpoznania ich pożyczenia. Bill stał za murem, pozdrawiał ją ręką, bardzo wyraźnie, machał do niej specjalnie eleganckim ruchem dłoni chłopca, który zbudował mur i przeszedł go nocami w świetle latarki, z bateriami pod poduszką, na wypadek gdyby światło już nie wytrzymywało. Pozdrowił ją, a ona odpowiedziała mu dłonią zwykłą, nie tak jasną jak jego dłoń, ale serdeczną też, bez wysiłku, z serdecznością, która była w dłoni zanim poruszyła nią, aby dowiedzieć się Billemu na to jasne pozdrowienie z za muru, za którym widać go było od tułowia w górę, ale reszta sylwetki była już niewidoczna. Wysokość muru z książek chroniła go tajemnicą swoją złożoną z nieprzeczytanej materii przeczytania, zaczytania i czytania, które trwało ponad murem, ponad Billem, dokoła, nawet musnęło ją czytaniem, ale z cała delikatnością wiedzy o muśnięciu i dotykaniu.

    -Nie będę czytał. Idę spać! Bill krzyknął głośno, by odwrócić uwagę od niego, tego za murem. Musiał nie wiedzieć, że jest bezpieczny, jak nikt w tym domu. Dlatego głośno tak odpowiedział matce. Odpowiedział, ale nie powiedział wszystkiego, nie, aby utajał, lecz wyraził się ogólnie, że idzie spać, Nie mówiąc, kiedy zaśnie. A o czytaniu? Wiadomo, że będzie czytał, tak jak wiadomo, że jest blady i śpi na słońcu, że matka troszczy się o udar, by nie wystąpił, mógłby zaprzepaścić całe życie czytania. Matka nie wie wszystkiego, ale na wszelki wypadek chce zapobiec katastrofie zniweczenia całego Billowego życia czytanego.

    -Dobrze, już dobrze, idźcie spać.



    Matka zgadza się tym samym na czytanie, w najlepiej strzeżonej, tajemnicy, kiedy każe Billowi iść spać.

    Jest w tym przyzwolenie - zgoda, pakt niepisany nigdzie, by nie było śladu, tylko sama zgoda.

    Patrzy jeszcze na Billa wchodzącego po stopniach, który idzie do swojego pokoju i na Billa za murem, ale ten zniknął już by iść też po schodach.

    Mamo, czy Morusy jedzie też jedzie z nami?

    -A jak? Gdzie chcesz go zostawić? Jedzie, zawsze jeździ.

    -Morusy męczy się w gorączce. Można było go obstrzyc.

    Bill przystanął na schodach i mówi jeszcze w obronie Morusego, Jak filozof grecki, podnosi nawet dłoń, ale bez pozdrowienia, a w zarzucie nie zatroszczenia się o psa, o jego męczarni utrzymania pod rozgrzanym futrem małego serca, które zobaczyła przez mgnienie oka, głęboko w sierści, blisko żołądka, gdzie nierozdrobnione kości kury, spieszą się, kurczą, są w ruchu, tak, że nie może zobaczyć ich dokładnie. Zanim otworzy oczy, żołądek Morusego będzie pusty, ale męczony, biały z wysiłku z rozprawiania się z kośćmi, za długimi stanowczo, tak, że teraz wystają, zahaczając boleśnie o jelita.

    Morusy nie mówi nic. Nie daje znaku, udaje, że wszystko u niego jest w porządku, że to nie pierwszy raz. Często dostaje kości z kury, nawet nie wiadomo czy je lubi. Ale udaje (mistrz z niego w udawaniu), że za każdym razem kości są smaczne, a nawet coraz to smaczniejsze. Jeśli leży godzinami pod stołem, to udając, że beztrosko odpoczywa, że prowadzi leniwe życie psa, że listonosz przychodzi raz dziennie i to cały obowiązek „obszczekania listonosza”, ze zwykłego przyzwyczajenia. Od małego tak robił, chociaż na początku, gdy był mały, merdał tylko ogonem, i łasiłby się do wszystkich, nawet do trzystu listonoszy dziennie. Ale merdanie spoufalało. Listonosz przychodził, siadał, coś wypisywał, coś mówił, wychodził a w domu pozostawał niepokój, jakieś niezrozumiałe podniecenie.

    Morusy siedział pod stołem i wąchał jego buty, na których przynosił on najróżniejsze wiadomości. Buty były duże dość i trzeba było obejść je, dokoła, aby wszystko obwąchać i dokładnie odczytać. O tym, że tam, gdzie bywają buty są inne psy. Niektóre z nich są duże i kwaśne. Morusy po jakimś czasie miał już dość pogróżek od kwaśnych psów, ich przechwałek, a nawet dwuznacznych przymila się. Postanowił, nie wiedział jeszcze, jak to zrobi, że nie będzie wpuszczał listonosza do domu, a wiadomości niech buty niosą sobie gdzie indziej. On, Morusy, już więcej nie będzie się tym zajmował.



    - Creolka, weź opalacz! – Mówi matka.

    Skrzywienie ust.

    - Masz nowy, czy ten z zeszłego roku?

    - Nowy, oczywiście nowy. Sama go kupiłaś mamo.- Odpowiada...I patrzy na schody.

    Billów już nie ma. Wstaje z krzesła trochę zesztywniała. Zamyśliła się. Za długo trochę. Zamyślenie daje większą sztywność ciała. Większą, niż samo siedzenie, bez zamyślenia. Można zesztywnieć zupełnie jak nieboszczyk. Z samego zamyślenia. Może babka Ros. nie umarła, tylko za bardzo się zamyśliła i pogrzebano ją zamyśloną. Nawet mama zamknęła jej oczy, ale zamknięcie oczu jeszcze bardziej sprzyja myśleniu. Trzeba sprawdzać, kto się zamyślił i żyje, a kto umarł naprawdę. Babka Ros była zamyślona bardziej, niż umarła. Ale przez kilka dni nikt nie odważył się tego rozstrzygnąć i wyprawiono jej pogrzeb. Bo jeśli nawet nie umarła to w każdym razie była za bardzo zamyślona. Lucy mówiła, że baka zgnije w ziemi. Niemożliwe. To może dotyczyć tylko umarłych, ale niezamyślonych. Ci wstaną kiedyś, bo zakończy się ich zamyślenie. Nawet znajdą sposób, aby wyjść stamtąd, nie rzucając się w oczy innym. W tym ich bezgranicznym myśleniu jest też odkrycie sposobu jak wyjść nienaruszonym, a nawet jeszcze ładniejszym, młodszym po wypoczynku ciała. Babka Ros, gdy wyjdzie, jej rodziny może już nie być. Jedni będą już umarli, a inni zamyśleni. Babka Ros…nie będzie już babką, bo nie będzie rodziny. To dobrze! Ros ucieszy się. Po pierwsze, że nie jest już babką. Może z tego powodu zamyśliła się na tak długo.

    - Dobranoc, mamo! Dobranoc, Tato!

    - Dobranoc, Creolka!

    - Tato nie zamyśl się czasem! Musisz nas obudzić o czwartej.

    - Dobrze! Nie mów mi, co mam robić, a czego nie mam. Twoja matka…



    Nie słyszała. Weszła w strefę nie słyszenia. To były ostatnie cztery schody. Kiedyś nie było tej strefy, ale wiedziała, że musi ją wreszcie wyznaczyć. Jeśli nie, to słowa z kuchni szłyby za nią, aż do łóżka. Niektóre z nich, te groźniejsze i większe, położyłyby się z nią. Sen, delikatny w swej naturze, widząc to nie ośmieliłby się przyjść, jak co dzień. Czekałby, ale po jakimś czasie przestał by przychodzić. Musiałaby zacząć żyć bez snu, a to nie jest możliwe, przynajmniej w jej przypadku. Ojciec żyje bez snu. Cały czas pali papierosy. Nawet nocą. Pali, jakby musiał wypalić ich niewyobrażalnie duży stos. Tak duży, jak egipskie piramidy. Widzi ojca przed swoją osobistą, nieubłagalnie dużą piramidą, którą trzeba wypalić, jeśli na jej miejscu ma się pojawić ogród, basen, dom, lub park dla ptaków. Cokolwiek innego, co jest lepsze od stosu papierosów. Zaczyna krztusić się trochę wcześniej, zanim papieros każdy, zostanie osobno zapalony i spalony do swego końca. Przez konieczność i brak czasu, z powodu oczekującej piramidy, ojciec zapala papieros od papierosa, byle więcej, byle szybciej. Mała przerwa na obiad i na kolację. Łyżka i papieros, jakoś nie wypada, ale zaraz po jedzeniu, ojciec czeka chwilkę. Już się odbiło. Najedzony. Bierze papierosa ze stosu. Twarz już dawno nic nie wyraża. Gdy była mała, pamięta, że ojciec uśmiechał się. Nie tak wyraźnie i dokładnie, jak należy się śmiać, ale ojciec się starał, resztką sił. Uśmiech pokazywał się na chwilę i znikał, jednak każdy mógł powiedzieć, że widzi uśmiech.

    Później już było tego mało. Ojciec dowiedział się w jakiś sposób o swojej doli, swoim wyroku, który zapadł gdzieś, bez żadnego oskarżenia, ale i też nie było w tym niewinności. Wszyscy w domu zgadzali się na wypalanie stosu. Wszystko, czego by się nie dotknęło miało pieczęć dymu. Chleb, ser, firany, dywan, kołdry, koszule, sukienki, nic nie miało swojego zapachu. Nie pachniało niczym. Ani chlebem, ani firanką, ani koszulą. U babki Ros, gdy jeszcze nie była zamyślona wszystko miało swój zapach. Chleb to chleb, owoc to owoc, sukienka to sukienka. Ojciec żył bez snu. Nikt nie okazywał litości. Trzeba rozprawić się, raz na zawsze z gigantyczną piramidą, stosem, który będzie trwał, aż po ostatni papieros. Kiedy przyszła strefę ciszy, spojrzała w dół. Zobaczyła płuca ojca. Czerwone. Dyszące jak dworzec w skwarne popołudnie, gdzie wjeżdżają i odjeżdżają gorące lokomotywy, ciągnące mozolnie, ale z uporem żelazne wagony. Czarne tory oskrzeli, były bardzo krótkie. A lokomotywa zabierała z pęcherzyków ostatnie powietrze, by wydostać się poza tory i gorący, brudny dworzec płuc. Pomyślała, że można tam zasadzić peonie, lub bluszcz, ale zginąłby w spalinach lokomotyw.

    -Dobranoc, tato! – Powiedziała raz jeszcze.

    Zdziwiony spojrzał w górę.

    - Dobranoc! Mówiłem już. Creolka, nie słyszałaś?



    Wyszła z dworca lepkiego od tytoniowego smaru. Wyszła i stanęła na schodach. Wiedziała, że pociągi jeżdżą w kółko ogłupiająco, tak, że jakakolwiek podróż nimi jest niemożliwa, bo nie ma celu. Zapukała cicho do drzwi.

    - Śpię! – Odpowiedział Bill.

    - Dobranoc! –Powiedziała jeszcze ciszej.

    Nie odeszła jeszcze, gdy usłyszała zza drzwi stłumiony głos Billa.

    -„…natalis invict, Solis..”- Święto narodzin Mitry – Boga słońca.

    Bill budował właśnie mur, który w przyszłości może go odgrodzić od piramidy ojca.



    - Tato, mogę usiąść na przednim …? – Zapytał Bill.

    - Na przednim? Nie!

    -Dlaczego?

    - Bo w każdym wypadku ginie ten, co…

    - Przestań?! Jechać mi się już nie chce! – Matka miała ospałe ruchy. Z niechęcią jawną spojrzała na ojca.

    - Kiedyś wykraczesz. Byłeś wtedy był sam. Jeździsz tyle lat i wciąż nas straszysz. Jak ty w ogóle możesz jeździć?



    W tym pytaniu było twierdzenie, które jeszcze nie wyrzekło się pytania, ale samo nie było jeszcze twierdzeniem. Trzeba by było sporo zmienić.



    - Tato! Najlepiej, żeby to miejsce obok kierowcy było puste.- Powiedziała, ale nikt nie odpowiedział. I wtedy przyszło jej na myśl, zapytała w głębi, w sobie, myśląc, że mówi na zewnątrz. Do ojca i do matki. Do Davida, a nawet do Morusego. Jeśli nikt nie odpowiedział, to znaczy, że nie słyszał.

    - A ja mogę usiąść? – spytała głośno i wyraźnie, wierząc, że mimo to, nikt nie usłyszy. A ona jednak zgłosi swoją osobę.

    _ A siadajcie! Diabli z wami!

    „Było słychać tym razem”- pomyślała.



    Poszli ścieżką przez ogród, na ulicę gdzie stał ich samochód. Ojciec szybko włożył wszystko do bagażnika.

    - Nie zamykaj tam torby z jedzeniem!

    - A gdzie chcesz ją położyć? Na kolana?

    - Będzie pod nogami Creolki. Picie musi być pod ręką. I coś do jedzenia.

    „Pod moimi nogami” – pomyślała. W każdej podróży, kiedy jeździli do babki Ros, albo nad wodę, torby zawsze stawiano pod jej nogami, których nijak nie mogła wyprostować. Wtedy robiły się mniejsze. Zmniejszały się tak, że stawała się maleńka, jak niemowlę. Ciało układało się samo w najwygodniejszym leżeniu na pleckach, ze stopkami w górze. Śliniła się z powodu wyżynających się pierwszych ząbków. Przecierała piąstką swędzące najbardziej miejsce, gdzie dawało się wyczuć brzeg ząbka. Maleńkie, białe stwardnienie, w którym nadludzkim wysiłkiem skupiła się cała stanowczość jej niemowlęctwa. Zęby wyżynały się z dokładnością i regularnością myśli na ich temat, tak, że gdy auto dojeżdżało do końca podróży, niemowlę miało już duże zęby i siedziało z podkulonymi nogami, ale długimi i cienkimi, jak patyki.

    - Creolka usiądzie na przednim - powiedział tato.

    ,„Dlaczego ja?” Pomyślała i rozejrzała się dookoła szukając wsparcia. Czuła, że nie chce tam usiąść. Coś usiadło tam zupełnie niewidzialnego, tak, że tylko ona wiedziała, że ono tam jest. Najpierw pokazało język. Długi i suchy jak wiór. Zaśmiała się, ale tak, żeby nikt nie słyszał. Widziała tylko język, ale ono po chwili pokazało pięści zielone jak gałązki gruszy, którą ojciec ściął w zeszłym roku z wujkiem Michealem. Gałęzie gruszy były jeszcze żywe, jeszcze nie wiedziały, że zaczęło się umieranie, powoli, dzień po dniu. Była w nich nieodwracalna nadzieja, niczym nienaruszona. Nawet szczęk piły niczego im nie uzmysłowił. Ucichły z czekania na starość, tak, że nawet wiatr nie odważył się wejść w koronę nad starym, leżącym pniem. Ono miało suche gałązki dłoni i wiór języka. Wystarczyło przesunąć wzrok nieco wyżej, ale jeszcze się nie odważyła. Jeszcze nie chciała wiedzieć jego oczu. Podejrzewała tylko, że są głodne i suche. Ono miało na ramionach kapotę nieokreślonego kroju i koloru, ale już się w nią okryło, nie chcąc być tylko językiem i dłońmi. Zaczęło ciężko dyszeć, jakby było chore na astmę od niepamiętnych czasów. Teraz trzeba spojrzeć w rozgorączkowane oczy. Musi mieć gorączkę, to nie astma. Nadzwyczajne zapalenie. Wszędzie. W płucach i w całej klatce piersiowej. Dyszało ciężko. Osunęło się na siedzenie słabe, już bez języka wyschłego na wiór. Nachyliła się troskliwie z zamiarem pogłaskania po niewidzialnej głowie, jeszcze bez oczu.

    - Odpal mi papierosa- jęknęło.

    - Jak to? Przecież umierasz. Uszanuj tą chwilę! – Zwróciła mu uwagę. Nie zamyślasz się tylko umierasz! Nie rozumiesz? Śmierć zlekceważy cię… nawet, jeśli wyratujesz się z wypadku.

    - Creolka, podaj mi papierosy!

    - Proszę, tato.

    - I zapałki.

    - Są pod papierosami. Proszę!

    - To siadaj koło mnie. Będziesz mi przypalała papierosy.

    - Idiota! Nie pal w samochodzie! Zobaczysz to się kiedyś źle skończy.

    - Siadajcie! Już jesteśmy spóźnieni.



    Kiedy dojechali na miejsce, słońce było już dość wysoko. Całą drogę podawała papierosy ze stosu. Chyba niewiele z niego ubyło, bo ojciec ani na chwilę nie przestawał palić i był niezadowolony. Pomijając już sprawę uśmiechu.

    - Rozłóżmy się bliżej przystani, – Bill patrzył na żaglówki, jakby im już obiecał, że nie zdejmie z nich wzroku.

    - Koło przystani jest hałas. Pójdziemy dalej, tam gdzie jest wypożyczalnia rowerów wodnych.

    - Może tu, przy zjeżdżalni?- Ojciec był już zniecierpliwiony.

    - Tu kręcą się dziewczyny. Za dużo przeszkadzają –matka powiedziała tak głośno, że ludzie leżący na kocach podnieśli głowy, jak na komendę. Kobiety zaraz po mężczyznach. Obojętne były dzieci. Niektóre grały w piłkę, podrzucając ją tak wysoko, że wiatr natychmiast zabierał ją dalej. Dzieci biegły rozkrzyczane. „Ojej moja piłka!”. Wpadały na koce, potrącając leżących, którzy nie mieli sił na nich krzyczeć.

    Odpoczywali po podróży leżąc w słońcu, które dopiero przygotowywało się do wejścia na szczyt nieba. Posmarowała ręce i nogi lepkim mleczkiem. „Muszę chodzić, lub stać”- pomyślała. Nie ma mowy o położeniu się. Wszystko zacznie przyklejać się do niej jak do błyskawicznego kleju.

    -, Kto chce kanapkę?- Spytała matka, niepotrzebnie. Wiadomo było, że to ona tylko chce kanapek. Nikt się nie odezwał.

    - się Sama zawsze muszę wszystko zjadać- mówiła z pełnymi ustami.

    Bill rozłożył ręcznik trochę dalej od koca rodziców. Położył się na brzuchu i natychmiast zasnął, zapominając pewnie o żaglówkach. Matka siedziała w halce, na którą padały okruszki bułek i chleba, a nawet kawałeczek pomidora z kanapki.

    Zrobiła kilka kroków i patrzyła na wodę, a potem pod nią. A nawet zanurzyła się na dno. Nie było dużych ryb. Ryb w ogóle było mało. Gdzieniegdzie dwie, trzy malutkie niewiedzące o bożym świecie. Miały dużo wigoru, dziecięcej srebrnej naiwności. Pewnie nie słyszały o niebezpieczeństwach. Ich matka nie zdążyła ich uprzedzić, złapana na „muszkę”. Wujek Carl przywoził matki małych rybek. Ojców pewnie też.

    - Wszystko łapałem na muszkę, bracie – mówił wujek Carl do taty i wysypywał ryby na stół z mokrego worka. Matka dawała wujkowi banknot i cały wieczór było czyszczenie i smażenie. Ryby umierały same, z przyzwoitości, żeby ludzi nie musieli ich zabijać, bo mogło być to nawet okrutne. Niektóre, te większe zwłaszcza, co pewien czas próbowały zrobić coś z ciałem, aby śmierć nie myślała, że tak łatwo, że się poddają. Wreszcie zamyślały się w bezmyślności swojego rybiego życia i nawet nie zamykały oczu, aby patrzeć, gdy ludzi wezmą nóż do ręki, lub skrobak do zdarcia łuski. Ludzi nie wytrzymywali wzroku ryb i z udawaną obojętnością rzucali je do wrzątku, a odcięte głowy kotu na podwórze, czyniąc w ten sposób z niego wspólnika, pomazanego rybią krwią na niewinnym pyszczku, z tylko jedzenia. Chciała zanurzyć się jeszcze głębiej, aby małym rybom dać jakiś znak o chytrości i przebiegłości ludzi, ale zabrzęczała klamra przy spodniach ojca, zrzucana wraz z nimi na ziemię. Nie odwracała głowy. Nie trzeba było, aby zobaczyć ojca na nogach białych i chudych. Pomyślała, że ludzie utyli są bardziej różowi niż chudzi. Ci są biali, ale w cmentarny sposób. Jakby w tej chwili powstawało nowe określenie –„cmentarna biel”. Chociaż nie chodzi o duchy, tylko o żywych ludzi, w jakimś odległym znaczeniu.

    - Creolka! Idź do samochodu i przynieś mi zapałki!

    Ojciec chodził już od koca do koca i pytał o zapałki, ale nikt nie miał. Ojciec wcale się nie wstydził. Dał mi kluczyki.

    -Tylko dobrze zamknij. Sprawdź, czy zamknęłaś! E tam, sam pójdę.

    Założył spodnie, które zdjął przed chwilą. Przyspieszył kroku. Przypomniał sobie, że zaniedbał swoją piramidę. Że przestał myśleć o niej na kilka porozciąganych po plaży minut. A teraz biegł, przepraszający, biały na torsie i na nogach ukrytych pod ciężkimi brązowymi spodniami.

    - Pewnie będzie padało. Zbierają się chmury- ojciec rozglądał się po niebie. Było to do niego niepodobne. Nigdy nie patrzył w niebo. W każdym razie nie widziała, aby patrzył. Teraz miał chwilę, by spojrzeć i wykorzystał ją. Tyle tylko, że zobaczył chmury. Przez tą chmurę nie poznał obrazu niezakłóconego samym słońcem, przy którym obłoki nie mają odwagi się pokazać. Może ze strachu, że będzie im za gorąco i uciekać trzeba będzie gdzieś w kąt nieba, na oczach ludzi, którzy patrzą bez dociekania w sprawy wyższe, bez żadnej uzurpacji do niebieskości, a tylko by spojrzeć, jak wysoko i czy to ma znaczenie jakieś. Ojciec spojrzał nie w tym momencie, właściwym dla nieba, ale i też nie dla siebie, bo zobaczył chmury. Może teraz nabrać przekonania, że zawsze, kiedy patrzy przynosi niebu pecha. Dla tego powodu patrzy bardzo rzadko, nie chcąc narażać nieba i siebie na niepotrzebne zatargi z chmurami.

    - Zbierajcie się! Już kropi! Pod dach wypożyczalni! – Ojciec wydawał rozkazy bez papierosa w ustach. Ale to z powodu deszczu, który teraz stawał się wyraźniejszy od piramidy. Chociaż był zupełnie nagły, niczym niezapowiedziany. Spadł niwecząc pakowanie, jazdę samochodem z niemowlęciem na siedzeniu, koce, olejki i torby z prowiantem.

    - Nie pomyśleliśmy o deszczu…- powiedziała z głową pod kolorową gazetą, z której zrobiła daszek. Nie chronił on reszty ciała, ale głowa nie mokła.

    - Nikt nie myśli o deszczu, jak jest słońce - odpowiedział ojciec, starając się znaleźć miejsce pod dachem wypożyczalni.

    - Wszyscy myślą o deszczu – powiedziała matka. W jej głosie pobrzmiewała złość. Stała ze swoją torbą z prowiantem.

    - Bill! Gdzie jest Bill?! Smarkacz zmoknie. Tom! Idź zobacz gdzie on jest!

    Rozejrzała się dookoła i zobaczyła Billa fruwającego nad wodą. Zamiast skrzydeł machał rękami, lekko bez wysiłku. Spojrzała bliżej na jego twarz. Był uśmiechnięty, tylko nieco bledszy niż zwykle. Pomachał jej ręką, wyraźnie. Nikt nie mógł mieć wątpliwości. To było do niej, specjalnie. Nie tak, jak za murem. Ale podobnie. Biała koszula rozpięta była na piersiach, a jego wątły tors wyłuskiwał się, jak larwa ciała z zaniepokojonego, białego ubrania. Nie padał na niego deszcz. Słońce świeciło, jak gdyby nigdy, nic. Bill wyglądał pięknie i była dumna, że on jest tam. Miało to duże znaczenie, że jest jej bratem. Płynął powoli jakimś nieopisanym strumieniem. Przez chwilę miała wrażenie, że Bill usiadł na niewidzialnej strunie, jak jaskółka na telegraficznych drutach.

    Zupełnie tak. Poprawił koszulę, żeby wyglądać ładnie, mimo, że był wysoko i szczegóły były mało widoczne. Pomachał jeszcze raz ręką, a wtedy słońce zaświeciło z całą siłą tak, że poraziło ją światło. Ręką Billa stała się przejrzysta i rozpłynęła się w świetle. A potem Bill zaczął rozpływać się cały. To trochę niebezpieczne, ale on będzie wiedział, jak znów powrócić z roztopienia w świetle.

    - Mamo! O tam! Bill rozpływa się…- wyciągnęła rękę przed siebie. Ale już go nie było. Serce zaczęło jej mocniej bić, jakby biegła do Billa i z powrotem na ziemię.- Był tam! Mamo, Bill był tam wysoko…! Naprawdę!



    - Skaczcie, ludzie skaczcie! Już dwa razy go wyrzuciło! – Krzyczała jakaś kobieta z brzegu.

    Ludzie pobiegli zostawiając swoje miejsca pod dachem. Stała nieruchomo z gazetą na głowie. Deszcz ustawał, słońce znów przebijało się przez resztki chmur. Zobaczyła jak wyciągają ciało Billa z wody. Jakiś człowiek robił mu sztuczne oddychanie. Miarowo, szybko, brutalnie. Włożył mu całą dłoń w usta, a Bill nawet się nie bronił. Nie zrobił żadnego ruchu, Nie dał żadnego znaku. Ani mamie, ani tacie. Nikomu. Teraz trójka mężczyzn robiła coś przy Billu. Przykładali ucho do jego przerażonego, skulonego ciała, ale nie usłyszeli chyba nic. Znów trzymali go za dłoń i znów próbowali. Bill wytrzymywał to wszystko. Jej serce biło za dwóch. Serce Billa biło w niej, szybkością transcendentną, tak, że wraz z jej sercem osiągało bicie podwójne. Nie mogła zrobić kroku, aby niczego nie zepsuć. Nadjechała karetka z czerwonym krzyżem na drzwiach. Podeszli do leżącego Billa. Człowiek w białym fartuchu przykucnął, a potem wyprostował się nagle i odszedł. Ludzie, jedni zwiesili głowy, a inni niedowierzali, że to już się stało.

    „Rozpłyń się jeszcze raz w świetle.

    Proszę” … - powiedziała cicho.

    Nie widziała, ale czuła, że on się uśmiecha…



    Patrzyła tak długo, aż Bill zniknął zupełnie w słońcu.





  • kwadryga
    kwa
    wad
    dry

DODAJ KOMENTARZ: Skasowanych treści nie można komentować